New York Times 2010

Gwiazda rocka i jego komiksowe Alter Ego


MY CHEMICAL ROMANCE to rysunkowy rodzaj zespołu, który pasuje jego frontmenowi, Gerardowi Wayowi. Odkąd zespół – włączając w niego Raya Toro, Franka Iero i młodszego brata pana Waya, Mikey’ego – zaczął istnieć w 2001 roku, rozwinął estetykę glam-emo, która rozkręciła się z mrocznie ilustrowanego komiksu. Nowy album, „Danger Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys” jest pełna piosenek-hymnów, które będzie można śpiewać w postapokaliptycznej przyszłości. Gerard Way (33 l.) narysował komiks „Umbrella Academy” wydrukowany ze wydawnictwa Dark Horse o rodzinie nietypowych superbohaterów. Melena Ryzik rozmawiała z Gerardem Wayem przez telefon w czasie postoju zespołu w Detroit o jego ulubionym albumie „Treats” zespołu Sleigh Bells i jaki wpływ miał na Waya Brit pop w czasie, gdy dorastał w New Jersey. „ Wtedy wszystko w Ameryce było takie męskie”, powiedział Gerard. „W tamtym okresie wszystko co brytyjskie było tego zupełnym przeciwieństwem. Zacząłem słuchać Smiths i wtedy wszystko się we mnie zmieniło.”

M.R: Czego słuchasz na trasie?
G.W: Tak naprawdę nie słucham niczego. Kiedy nagrywamy, niczego nie słucham.
M.R: Więc twoi kumple z zespołu trzymają pieczę nad iPodem. Macie podobne gusta, jeśli chodzi o muzykę?
G.W: Każdy z nas słucha czego innego. Gust mój i Mike’a jest podobny, obaj dorastaliśmy na Iron Maiden, później na punku a na samym końcu na Brit popie. Frank słucha pełno nowej muzyki, multum trudnych w odbiorze zespołów, a Ray za to słucha rzeczy pochodzących z Puerto Rico i klasycznej muzyki. To dzięki Robowi Cavallo poznałem płytkę Treats. Miał ich demówkę, wiedział, że szukam czegoś w tym stylu. Powiedział „Nie wydaje mi się, żebyś szukał dokładnie czegoś takiego, ale to coś nowego i powinieneś tego przesłuchać.”. To był jedyny album, którego słuchałem nagrywając Danger Days, poza M.I.Ą.
M.R: Co myślisz o kontrowersjach, jakie wywołał jej teledysk Born Free?
G.W: Tylko raz widziałem ten teledysk, ale piosenki słuchałem chyba milion razy. Lubię sposób w jaki M.I.A wzoruje się na zespołach pokroju Suicide. Lubię to, bo jest to trudne do słuchania, forma jest bardzo luźna, a refren występuje często. Tak to rozpoznaję. Nie sądzę, żeby ona śpiewała o swojej przeszłości, dorastaniu czy polityce, to brzmi raczej jakby śpiewała o tym, co przeżywa teraz. Po jej ostatnim albumie porobiło się wokół M.I.I wiele szumu, to było jakby chcieli z niej zrobić kolejną gwiazdę popu i jej odpowiedzią na to było właśnie Born Free.
M.R: Rysowałeś komiksy jak byłeś dzieciakiem?
G.W: Czytałem je i rysowałem. Pisałem krótkie historie. Stworzyłem „Umbrella Academy”, bo stęskniłem się za komiksami. Skończyłem School of Visual Arts na kierunku rysunkunku i ilustracji. Myślałem, że właśnie tak skończę, rysując komiksy, i nagle stworzyliśmy zespół. Kocham to, to praca marzeń, praca, o której marzy wiele osób. Nie mogłem tego olać, ale po wielu latach miałem wrażenie, że brakuje mi samego siebie. Dopóki na światło dziennie nie wyszło Danger Days, nie mogłem stworzyć albumu, do którego nie wciskałbym samego siebie. Próbowałem odtworzyć to, z czym kiedyś się identyfikowałem.
M.R: W muzyce którą lubisz – na przykład w Diamonds Dog Davida Bowie – jest pełno postaci, które posiadają alter ego i ukrytych tożsamości. To część bycia gwiazdą rocka?
G.W: Na bieżąco ktoś tworzy coś w tym rodzaju. Płyta „Black Parade” też była czymś takim, nawet facet, który był na scienie w czasach Bullets ją miał, zawsze, nawet gdy tego nie chciałem, ukrywałem samego siebie. Uciekałem od tego faceta, którym byłem, tworząc wokół siebie postać superbohatera. Gościem, którym naprawdę byłem, był ktoś kto lubił pisać i rysować komiksy.
M.R: The Filth, komiks, który lubisz, jest o bezrobotnym gościu, który żyje z chorym kotem, który staje się zdziecinniałym superbohaterem.
G.W: Jeśli czytasz to w ten sposób, że facet jest smutny, bo jego kot zdycha na raka, to ma sens. Wiele rzeczy z tego komiksu przeniosłem do Danger Days, pojęcie brudu i sprzątania.
M.R: Z powodu brudu też lubisz Mechaniczną Pomarańczę?
G.W: Jako nastolatek, kiedy pierwszy raz odkrywasz muzykę punkową, pierwszym filmem, który odrywasz jest również Mechaniczna Pomarańcza. To był tak naprawdę pierwszy film, który oglądałem i który nie miał wśród postaci bohatera. Nie było w nim w ogóle kogoś, kogo dałoby się lubić. Nigdy wcześniej nie oglądałem takiego filmu. A jedną z wielu rzeczy, które polubiłem w komiksach, jest ich język. Wiele terminów i słów w Danger Days tak naprawdę w ogóle nie istnieje; chciałem poczuć to tak samo jak wtedy, gdy czytałem Mechaniczną Pomarańczę.
M.R: Więc czytałeś książkę?
G.W: Miałem audio booka. To dziwna książka, tak samo jak Nagi Lunch, do której się przymierzam. Nigdy nie skończyłem czytać Nagiego Lunchu. Ale to bardzo inspirująca książka. Czytasz dziesięć czy dwadzieścia stron, masz dosyć, rzucasz ją w kąt, a potem i tak do niej wracasz.
M.R: Twoja estetyka jest bardzo teatralna, myślałeś kiedyś o tym, żeby gdzieś zagrać?
G.W: Miałem taki głupkowaty pomysł w L.A, żeby odtworzyć dwa odcinki Twilight Zone raz na tydzień. Chciałem wynająć mały teatr, który pomalowałbym na czarno i myślałem o tym, żeby dać wakat jakimś naprawdę dobrym aktorom. Byłoby zabawnie wciągnąć w to Bruce’a Willisa, żeby zrobić „Steel” (Jeden z odcinków Twilight Zone). Mógłbym to zrobić. Uwielbiam oglądać Twilight Zone. W sylwestra robią maraton, oglądam go co rok.
M.R: Tak Sylwestra spędza gwiazda rocka?
G.W: To moje alter ego w pełnej krasie.

(tłum. Sharp, dla mychemicalromance.com.pl)