ray1

Artykuły

Na nowym albumie jesteśmy dojrzalsi i bardziej pewni siebie.
- wybrane partie rozmowy Ray’a Toro z portalem ultimate-guitar.com

Czy wchodząc do studia przypuszczałeś, że zrobisz wielki album z mocnym gitarowym brzmieniem, który będzie porównywany do Queen oraz The Beatles?

Rok przed premierą bardzo dużo tworzyliśmy. Bardzo dużo rzeczy które wówczas stworzyliśmy brzmiało bardzo podobnie do tego co zrobiliśmy na Three Cheers For Sweet… i brzmiało tak jakby było kontynuacją tamtego albumu. Skończylismy trasę w Australii, w grudniu. Zrobiliśmy kilkutygodniową przerwę. Nasze pierwsze próby zaczęły się od materiału który przyniósł Gerard. To było intro do piosenki „The End”. Zaczęlismy brzdąkać do melodii i wyszło nam coś co przypominało „Five Years” (piosenka David’aBowie – przyp.) Wtedy pomysleliśmy, że jak dodamy podobną moc, jaką ma perkusja w piosence „In The Flesh” (Pink Floyd – przyp.) wyjdzie nam coś zajebistego.

Połączyliśmy to wszystko z piosenką „Dead”, którą napisaliśmy rok wcześniej. W efekcie daje się odczuć porażający efekt przejścia ze wstepu do szybkiego, agresywnego riffu. Bylismy bardzo podekscytowani wynikiem naszych prób. Wtedy zaznaliśmy takiego uczucia, jakie nam jeszcze nie towarzyszyło podczas nagrywania. Wówczas powiedzielismy sobie: „Reszta piosenek musi być równie świetna”. I z takim założeniem kontynuowaliśmy.

Zaczelismy wtedy luźno rozmawiać na temat napisania albumu koncepcyjnego, jednak każda piosenka przedyskutowywana była oddzielnie. Wydaje mi się, że to same piosenki wykreowały wizję tego jak ma wyglądać album. Niemniej po stworzeniu „The End/Dead” założylismy, że chcemy obrac troche inną drogę, stworzyć coś innego od tego co zrobiliśmy wcześniej”. Tak to się zaczęło.

Czy czerpałes inspirację z nowych możliwości brzmieniowych w lepszym studio?

Spotkaliśmy się z Robem Cavallo w Nowym Jorku. Wpadł, żeby podpatrzec nas na próbach i momentalnie się zaprzyjaźniliśmy. Dyskutowalismy o muzyce, o brzmieniu i naszych najlepszych nagraniach. Rob zrobił na nas wrażenie , rozmawialiśmy nie tylko o muzyce i jego ogromnej wiedzy – opowiadał nam również o swojej potężnej kolekcji win i wspaniałym zbiorze gitar. Traktował nas z wielkim szacunkiem. Widać było, że ten człowiek tworzy muzykę z sercem .
Doskonale sobie zdawaliśmy sprawę że współpracując z nim, otwierają sie przed nami ogromne mozliwości. Dostaliśmy stajnie gitar i wzmacniaczy oraz wsparcie lat doswiadczeń człowieka, któremu mogliśmy zaufać.

Ja i Frank nie jesteśmy zbyt biegli w zagadnieniach techniczno-brzmieniowych. Po prostu podłączamy się do pieca i gramy. W tym względzie potrzebowaliśmy więc kogoś kto byłby naszym przewodnikiem od tych spraw, sprawował piecze nad eksperymentami brzmieniowymi. Rob był doskonała osoba do tego.

Na początku jedyne na co moglismy sobie pozwolic to kupić sprzęt i grać na nim, w ramach naszych środków. A nie mogliśmy sobie pozwolić na dużo. Pamiętam swój wzmacniacz Laney’a, którego stan kwalifikował go tylko do wyrzucenia na smietnik. Nawet nie chciałbyś go wstawic do samochodu. Dośc długi czas używalismy takiego sprzętu. Nie miałem doświadczenia z eksperymentowaniem z różnym sprzętem. Podczas nagrywania tego albumu naprawdę dużo się bawiłem brzmieniem i wydobywałem przeróżne dźwięki.

Czy gdyby nie to, że Rob jest producentem Green Day’a, tak samo dązylibyście do skorzystania z jego umiejętności?

To jest bardzo zabawne. Gdy graliśmy trase z Green Day’em, to oni wiedzieli że przymierzamy się do nagrywania nowego albumu. Często rozmawiali za kulisami z nami oraz z Robem. Rozmowy te miały po prostu charakter uprzejmości, chłiopaki ciągle nam mówili: „Powinniście z nim pracować. Jestem pewien że zrobiłby z Wami świetny album”. Rob’a urabiali w ten sam sposób: „Musisz pracować z My Chemical Romance. To znakomity zespół”. To była taka ich przysługa w stylu.. kiedy umawiasz swego przyjaciela na randkę z dziewczyną. Spiskowanie za plecami. Nigdy nawet nie mysleiliśmy, że moglibyścmy pracowac z kimś takiego kalibru jak Rob.

Kiedy patrzysz na jego dokonania,zrobił tak wiele świetnych utworów. To co jest wielkie wnim, to to że jego praca obejmuje szeroki zasięg stylistyczny,od pracy nad ściezkami do filmów, na przykład tych Disney’a z Philem Collinsem, nagrywaniem z Fleetwood Mac, aż po tworzenie razem z Green Day’em. Tak więc zasięg stylów muzycznych bardzo zróznicowany. Nie mozna było inaczej zareagować jak: „O kurwa! Możemy pracować z tym gościem? No to do roboty!”

Odnośnie „American Idiot” (album Green Day’a z 2004 roku – przyp.), to jest to album który pokazuje nam dobitnie że punkrock i rock ciągle może byc ważny, wyznaczać punkt przełomowy. To „American Idiot” niejako dodał nam odwagi, by odejśc od tego co tworzyliśmy wcześniej i spróbować poszukać inspiracji w naszych korzeniach z młodości.

Jak opisałbyś poprzedni album? Co chciałes zrobić, zeby The Black Parade było inne?

Myślę, że w Revenge usłyszysz, że ten zespół nie wypracował swojego własnego charakterystycznego stylu. Może jakieś szczątki tego jeszcze tworzącego się stylu można usłyszeć w „Helenie” i w „I’m not okay” i może jeszcze w kilku innych… Teraz to był pierwszy album, kiedy muzykę pisaliśmy razem z Frankiem. W tamtym okresie Frank był z nami od niedawna, był świeżym członkiem zespołu. Odczuwam znacząca różnicę w graniu z nim w ówczesnym okresie i w obecnym.

Jeśli chodzi o ten starszy okres, mieliśmy mało czasu na zgranie się. Wszystko graliśmy tak głośno, że nie słyszałeś praktycznie nic oprócz tego, co ty grałeś. Gdy nagrywaliśmy Revenge, często było tak, że Frank przynosił jakieś swoje pomysły, a ja swoje. Siadaliśmy wtedy razem i składalismy to w jedną całość. Na Black Parade, postanowilismy skoncentrować sie na wspólnej pracy. Jeżeli dochodzilismy obydwaj do wniosku, że jakąs partię gitarową trzeba uprościć to robilismy to,aby drugi gitarzyusta mógł to tez zagrać.

Kiedy gramy na żywo, oddzielamy piosenki z Black Parade od innych. W utworach nie-z-Black Parade latamy placami po całym gryfie. Myslę, że to pozostałośc po procesie tworzenia tych piosenek, gdzie każdy pielęgnował tylko swoją partię. Nowy album jest bardziej skupiony i skoncentrowany na muzyce. Uporządkowaliśmy bardziej brzmienie gitar tak, że teraz one ze sobą współpracują w przeciwieństwie do tego o czym wspomniałęm, gdy każdy grał praktycznie co chciał. To chyba najistotniejsza różnica między albumami.

Kolejna sprawa, to taka, że wyzbyliśmy się schematów. Kiedy jestes młodym zespołem, nienawidzisz refrenów. Dobija Cie spiewanie tego samego po kilka razy. Gdy nad „Revenge” pracowalismy z Howardem Bensonem ten nam często doradzał,aby pewne partie piosenki powtarzać. Wpadlismy w ten sposób w utarty schemat. Kilka piosenek ma klasyczny układ: zwrotka-refren-zwrotka-refren-bridge-refren. Na Black Parade musieliśmy się oduczyć takiej budowy utworów. Tak więc ten album świadczy o dojrzałości zespołu i w tym, że czujemy się bardziej pewni swych zdolności pisania piosenek a także ich grania. Mysle, ze to jest bardziej dorosłe My Chemical Romance.

To ty akustycznie grasz na „The End”?

Tak. Na tej samej gitarze Martin’a, na któej Billie Joe nagrał „Time Of Your Life” (utwór Green Day z albumu „Nimrod.” z 1997 roku – przyp.). Rob trzymał ja u siebie juz kawał czasu,a mimo to brzmi naprawde, naprawde pięknie. Tak jak powinna brzmiec gitara akustyczna. To była zdecydowanie duża przyjemnośc zagrać na niej. Piosenka „Time Of Your Life” jest świetna, byłem bardzo podekscytowany gdy dowiedziałem się, że będe mógł na tej gitarze zagrać.

Na tej samej gitarze grasz w „Disenchanted”?

Tak

Czy kiedykolwiek eksperymentowałes z dźwiekiem, który wydawał Ci się idealny, ale zupełnie nie pasował do piosenki?

O tak. To się często zdarza. Słyszysz coś co brzmi zupełnie inaczej niż przy wydawaniu pojedyńczego dźwięku. Wtedy trzeba wiele razy próbować. Czasami masz właściwe ustawienia wzmacniacza, ale nie masz właściwych gitar. To zdarza się przy tworzeniu sekcji rytmicznych. Musisz wypróbować 3-4 gitary i dokłądnie się wsłuchiwac, co wnoszą do nagrania. Nie tylko musisz stworzyć świetne brzmienie, musi to brzmienie dobrze być wkomponowane w utwór i do niego pasować.

W piosence „Dead” próbowałem wiele pomysłów solówek. W końcu znalazłem klucz do tego, aby połączyć to razem. Nad niektórymi pisoenkami trzeba trochę posiedzieć,ale niektóre tworzy się lekko. „Welcome To The Black Parade” pierwotnie była w innej tonacji, przeszła wiele zmian, zanim zyskała obecny kształt. Niezmiennie jednak zaczynała się zawsze od „D”. Ma bardzo klasyczne brzmienie. Jest tam progresja w dół od głównej skali. Solo oparłem więc na tym schemacie i uczyniłem je bardziej melodyjne

Jaką gitara nagrywałes solówki?

Gibsonem Les Paul, którego kiedyś kupiłem w Toronto w 86-ym. Większośc piosenek nią nagrywałem. Na koncertach też jej używam.

Co czujesz, kiedy osiągnąłeś wyżyny i jestes szanowany przez fanów i krytyków? Czy suma pochwał równa się ilości pracy jaką włozyłes w powstawanie płyty?

Dla nas wydaje sie jakby to wszystko było snem, który własnie trwa. Sukces albumu przewyższył nasze największe wyobrażenia. Wiedzielismy, że stworzylismy coś wyjątkowego, płynącego z serca. To niewiarygodne, ze ludzie podzielają nasze odczucia. To wielkie uznanie dla nas i czuje się z tym dobrze, że jestem rozpoznawalny.

Czujesz się dobrze z tym, że ludzie nazywają Cie idolem?

Nie wiem dlaczego mnie tak nazywaja, ale to całkiem fajne.

tłumaczył: worry