Życie po My Chemical Romance: Ekskluzywny wywiad z Rayem Toro

Untitled-1 copy

Ostatnio Ray Toro przebywał na swoim poddaszu. Przeglądał swoje pamiątki związane z My Chemical Romance – przepustki za kulisy z tamtej światowej trasy, plakaty z jakiegoś innego koncertu, przebrania z teledysków – i naszła go chwila zadumy związana z czasem, jaki spędził będąc w zespole.

Został poproszony o podarowanie czegoś na charytatywny event wspierany przez fundację Make A Wish. Organizatorzy chcieli czegoś unikalnego, jeśli to było możliwe, ale coś na tyle małego, za czym Ray by nie zatęsknił. Zamiast tego czego oczekiwano, Ray podarował ikoniczny kask, który nosił w teledysku do Na Na Na. To zszokowało organizatorów.

To, że był taki hojny mówi dwie rzeczy o Rayu w tym momencie. Pierwszą rzeczą jest to, że w ogóle się nie zmienił odkąd ostatni raz go widzieliśmy z zespołem. Zawsze przyjazny, pokorny i nieprzerwanie uprzejmy. Dobroć taka jak ta, zawsze była rzeczą, która najlepiej go definiowała.

Druga rzecz, jest równie interesująca. Ponieważ w momencie, kiedy gitarzysta był na swoim strychu, przekopując się przez wszystkie stare wspomnienia uświadomił sobie, że nadszedł w końcu czas, żeby pozwolić przeszłości odejść. Nadszedł dla niego czas, żeby zostawić My Chemical Romance za sobą. Nadszedł czas, żeby ludzie zobaczyli jego inną stronę.

„Byłem w przejściowej fazie swojego życia” mówi Ray. „Idę na przód.”

I to co Ray ma w zanadrzu może być niespodzianką dla wszystkich.

Kiedy My Chemical Romance rozpadło się w marcu 2013 roku, Ray był członkiem zespołu, który miał najwięcej na talerzu. Po rozpadzie jego koledzy z zespołu wrócili do muzyki – Frank Iero z hardcoreowym solo projektem, Mikey Way ze swoim nowym elektronicznym zespołem i Gerard Way ze swoim nadchodzącym solowym albumem – jednak Ray miał inne rzeczy na głowie: urodziło mu się dziecko.

Kiedy Ray mówi o rzeczach, o które naprawdę się troszczy, daje się czuć entuzjazm w jego głosie. Mówił tak o płytach, wygłaszając mowy o The Black Parade albo gadając o Three Cheers… Teraz mówi tak o swoim synku.

Ray uważa, że jego syn przyszedł na świat w odpowiednim momencie – nie tylko dlatego, że dało mu to moment, w którym mógł się skoncentrować na czymś, ale też dlatego, że bez obowiązku jeżdżenia w trasy miał możliwość spędzić czas z jego i jego żony pociechą.

„Bycie w zespole było ogromną częścią mojego życia, ale kiedy to się skończyło w moim życiu pojawiło się coś nowego,” mówi. „Rozpad był pewnego rodzaju szczęściem w nieszczęściu. Bez zespołu miałem możliwość spędzenia czasu w domu i mogłem być częścią życia mojego syna w taki sposób, w jaki inni z zespołu nigdy nie mieli szansy być – byli w trasie kiedy urodziły im się dzieciaki. Czuję, że to przyszło w odpowiednim momencie – to było świetne.”

Zapewne było, ale zmaganie się z rozpadem zespołu i posiadanie dziecka, musiało być odrobinę trudne.

„To było zdecydowanie ciekawe! Ale było dobre, ponieważ to był mój sposób na zmienienie energii, która również była tą pozytywną. Posiadanie dziecka jest stresujące – masz wrażenie, że wszystko co robisz jest nie takie jakie powinno być. Mówisz sobie: Nie mam pojęcia jak go trzymać, jak zmienić pieluchę! Od pierwszego dnia, jesteś w szpitalu, pielęgniarki pomagają ci się nim zająć – później dają ci dziecko i mówią, żebyś poszedł z nim do domu. Chciałbyś ich poprosić, żeby poszli do domu razem z tobą! Musisz sam wykombinować jak posadzić dziecko w foteliku samochodowym – jest przy tym tyle nerwów. Ale to było mimo wszystko świetne.”

Ostatni rok Ray spędził robiąc coś, czego wcześniej nie miał okazji zrobić i czego nie mógłby zrobić będąc w My Chemical Romance.

„Wychowywałem mojego syna i spędzałem miło czas z nim i moją żoną. Miałem całkiem niezłe życie rodzinne, z którego wcześniej nie miałem okazji się cieszyć. To miłe czuć, że budujesz coś jako rodzina. Miło jest odpocząć niż pracować cały czas.”

Jest niesamowitym szczęściarzem. Kiedy Gerardowi urodziła się córka, a Frankowi bliźniaczki, proces tworzenia płyty Danger Days był na ukończeniu.”

„Frankowi urodziły się dziewczynki i musieliśmy ruszyć w trasę. To samo z Gerardem. W tamtym czasie nie miałem pojęcia co musiało się dziać w ich głowach, kiedy byli tak długo i daleko od swoich dzieci. Nie mieli okazji oglądać jak rosną, tak jak normalni rodzice to robią. Doceniam to przez co musieli przejść  aż do teraz i czuję, że jestem szczęściarzem, że ja miałem okazję być wtedy w domu  – nawet pomimo rozpadu zespołu.”

Jednak rodzina nie zajmuje całego czasu Raya. Jako gitarzysta My Chemical Romance, Ray mógł nagrywać piosenki na tyłach busu zespołu – tak właśnie zaczęło powstawać The Black Parade. W trasie, spędzał czas w swoim pokoju hotelowym grając na gitarze proste kawałki dla własnej satysfakcji. Nagrywanie stało się jego hobby i jest czymś, co kontynuował przez 15 ostatnich miesięcy. To znaczy, że ma materiał na swój solowy album. I świerzbi go, żeby go wydać.

„Pracuję nad demami w tym momencie, jeszcze nie zacząłem oficjalnego nagrywania, ale mam wrażenie, że to co teraz robię będzie kiedyś na płycie. Gram na wszystkich instrumentach sam i to jest duży wysiłek, ale to jestem w przecież cały ja.”

Ray stwierdza, że cały ten proces jest wyzwaniem, interesującym wyzwaniem. W My Chemical Romance jego muzykalność łączyła się z wyobraźnią Gerarda i punkowym etosem Franka i razem tworzyli swoje wielkie brzmienia. Ray mógłby być przełożonym w studio, skupiony na tym, żeby wyciągnąć jak najlepsze rzeczy z gry zespołu i używając swoich własnych technicznych i twórczych cech żeby tworzyć muzykę. Ale wtedy robił to wszystko dla zespołu, który mógłby go wspierać. Praca w pojedynkę to zupełnie inna sprawa.

„Praca na własna rękę jest ogromną zmianą. Przechodzisz z grania w grupie ludzi, do pisania piosenek samemu. To  jest zupełnie inne. Najtrudniejsze dla mnie jest pisanie tekstów i śpiewanie – to zupełnie co innego, nigdy tego wcześniej nie robiłem. Było to dla mnie wyzwaniem, ale w dobrym znaczeniu. Próbuję rzeczy, których nigdy nie robiłem wcześniej i podoba mi się ich robienie. Określę to jako zabawę.”

W maju zeszłego roku Ray opublikował piosenkę „Isn’t That Something”. Pozytywny kawałek pop-rocka wskazał nam kierunek, w którym Ray może zmierzać – mianowicie pogodniejsze i bardziej bezpośrednie brzmienie niż to, które towarzyszyło My Chemical Romance. Jednak jest podobne w brzmieniu gitary i poczuciu tęsknoty. Okazuje się jednak, że był to fałszywy trop.

„To jest ciekawe tak właściwie.” mówi Ray o swoim nowym brzmieniu. „Wiele z piosenek jest banowanych na instrumentach smyczkowych – nie jest to brzmienie orkiestry, ale jest odrobinę inne. Próbowałem znaleźć nowe wyjścia, od tych, których używał zespół. Jest w tym dużo przestrzeni – eteryczny, to słowo, które dobrze to opisuje. Ludzie, którym już to puściłem mówią, że to brzmi jak Peter Gabriel. To jest zupełnie coś innego i myślę, że ludzie będą tym zaskoczeni.”

Jemu podoba się idea, że ludzie będą tym zaskoczeni. Ci, którzy zwykli oglądać go jak macha swoim afro na scenie, albo grając solówki, dostaną zupełnie inną stronę Raya.

„Myślę, że najbardziej jestem podekscytowany faktem, że to nie jest coś czego ludzie mogą się po mnie spodziewać. Tak na prawdę, myślę, że ludzie będą tym tak samo zaskoczeni jak są zaskoczeni tym nad czym inni z zespołu pracują. Widziałem komentarze na Twitterze, w których ludzie mówili, że są bardzo zdołowani rozpadem, ale jednocześnie są podekscytowani, że dostaną cztery płyty zamiast jednej – każdą od jednego z nas. Jestem bardzo podekscytowany, że mogę usłyszeć to nad czym pracują inni z MCR, ponieważ każdy z nas ma swoje ukryte talenty i zobaczymy jak to wyda swoje owoce na płytach.

Ray pracuje nad dostosowaniem swojej muzyki do grania jej na żywo, z myślą o potencjalnych koncertach. „Miałem kilka prób z grupką moich znajomych i zdecydowanie fajnie się to gra na żywo. Mam nadzieję, ze to dojdzie do skutku”. Mówi Ray, ale bardziej myśli o nagraniu płyty właściwie i o jej wydaniu.

„Chcę, żeby praca szła szybko – ale jednocześnie, nie chcę pokazywać rzeczy, które nie są w pełni dopracowane. Nie chcę zbyt długo czekać, bo myślę, że mam kilka całkiem dobrych piosenek, które chcę wydać. Ciągle rozpracowuję sprawy z wytwórnią, ale jeśli nic z tego nie wyjdzie, myślę, że sprzedam to gdzieś indziej, albo nawet wydam samemu.”

Jest wyraźny symbolizm w tym, co Ray przekazał na aukcje charytatywną. Przez ostatnie lata, Ray był osobą najmniej dostrzeganą w My Chemical Romance i teraz wydaje się, że przyszedł właściwy czas na postawienie pierwszego kroku na swoim własnym terytorium. Zdecydowanie idzie w innym kierunku, jego nowe brzmienie jest zupełnie inne od jego poprzedniej muzyki.

Jednak nadal myśli o znaczeniu My Chemical Romance – Ray był bardzo zaskoczony i jednocześnie poruszony faktem, że zespół ciągle tyle znaczy dla fanów. Kiedy w zeszłym roku ogłosili koniec, był nieprzygotowany na falę smutku, która ogarnęła fanów na całym świecie. Po części dlatego, że nigdy w pełni nie uświadomił sobie jak bardzo zespół był kochany.

To zabrzmi oklepanie, ale nie zdajesz sobie sprawy z wielu rzeczy jak jesteś w zespole. Część  tego wynika z tego, że cały czas pracujesz i koncertujesz, twoja energia jest na wyczerpaniu i ciężko ci doceniać wszystko to co się dzieje poza tą bańką. Nie zdawałem sobie sprawy jak wiele ten zespół znaczył dla ludzi, a odzew od fanów był dla mnie nie lada zaskoczeniem.”

Póki co, jego myśli są skupione na przyszłości. Jego podekscytowanie i niecierpliwość związana z dokończeniem swojego solowego projektu i pokazaniu go światu zdominowała jego myśli po roku spędzonym w domu. Ale to wcale nie oznacza, że nie myśli o przeszłości. I teraz kiedy jest właściwie dumny z tego, co My Chemical Romance osiągnęło, mówi, że to nie zespół jest tym za czym tęskni. Bardziej tęskni za osobami, które go tworzyły. Ponieważ razem dzielili coś wyjątkowego.

„Jeśli jest jedna rzecz za którą tęsknię, to są to ludzie z zespołu. I wszystko inne co się z nimi wiązało. Tęsknię za dobrymi czasami, które razem dzieliliśmy poza muzyką i poza zespołem.”

W takim przypadku, powiedzcie mu, że jest tylko jedna rzecz, którą może zrobić – złożyć z powrotem zespół.

Ray się śmieje i odbiera pytanie tak jak powinien – jako mały żart. Ale zaraz po tym wypowiada ostatnią rzecz.

„Zobaczymy. Kto wie co stanie się w przyszłości. To mogłoby być świetne. Kto wie…”

Oryginalny wywiad: teamrock.com
Tłumaczenie dla mychemicalromance.com.pl wykonała Dr.Ienzo