Co znajduje się w koszu MCR?

kerrangkosz

Dwa tygodnie temu, My Chemical Romancen ogłosiło, że wypuszczą album, który wyrzucili do kosza chwilę przed tym jak stworzyli Danger Days w 2010 roku. Nim zostanie ona wydana postanowiliśmy poszperać w ich domniemanych śmieciach, aby znaleźć to co nimi kierowało, gdy je wyrzucali – oraz jakie ukryte skarby czyhają w środku…

Los Angeles, 2009 rok, życie dopiero zaczynało się robić dziwne dla My Chemical Romance. Nie dlatego, że to wiedzieli. Wrócili do studia po najcięższym roku swojego życia i myśleli, że wszystko sprowadza się na dobrą drogę. Mylili się. Osiem miesięcy wcześniej, w maju 2008 roku, wszyscy członkowie zespołu – wokalista Gerard Way, gitarzyści Ray Toro i Frank Iero oraz basista Mikey Way – byli przekonani, że zespół się skończył. Zeszli ze sceny na Madison Square Garden, ostatni występ na zwycięskiej i wyczerpującej trasie promującej The Black Parade dobiegł końca. „To był koniec” powiedział Mikey „To było niczym napisy końcowe.”
Wszyscy poszli swoimi drogami. Gerard pracował przy komiksach i rozpoczął życie jako mąż i ojciec; Ray i Frank również rozpoczęli rodzinne życie; a Mikey dochodził do siebie po latach w trasie. Zmęczeni i przygnębieni, wiedzieli, że zespół się wypalił.
W listopadzie sprawy wyglądały zupełnie inaczej.
Byli naładowani i wypoczęci, a pierwsze iskry życia zaczęły się z nich wydobywać.
„Tęskniłem za tworzeniem naprawdę bardzo,” powiedział Gerard. „Robiłem komiksy, ale wiedziałem za czym tak naprawdę tęskniłem. Chcieliśmy robić muzykę. Wiedziałem, że chcę ją robić. Czy to był właściwy czas? Kto wie?”
Skontaktował się z resztą zespołu i pytał się czy ciągle chcą w to wchodzić. Wszyscy odpowiadali długo, bilansując między swoją miłością do My Chemical Romance, a jej minusami – presja, zmęczenie, kompletne wyczerpanie The Black Parade. Zestawili ze sobą wszystkie plusy – te wspaniałe momenty na scenie, wszystko czego chcieli zostało przez nich osiągnięte – z minusami – sprawa z oskarżeniem przez tabloid, niekończące się show za show, normalne życie odstawione na bok – i zdecydowali , że więcej było tych pozytywnych stron. Zespół mógł odżyć ponownie. Jednak tym razem, było zupełnie inaczej.
I tak to się zaczęło w 2009 roku, odnaleźli siebie wchodząc do studia aby nagrać nowy materiał. Pogodzeni z przeszłością, zdenerwowani przyszłością, zaczęli wszystko robić inaczej. Wierzyli, że będzie lepiej. Jednak zaoferowało im to jedynie zdezorientowanie.
Album, który wtedy stworzyli został odsłuchany przez kilka osób spoza zespołu – kilku przyjaciół, managerów, reprezentantów wytwórni i kilku dziennikarzy włączając w to także redaktora Kerranga! James’a McMahon’a – nie ujrzał on światła dziennego. Mimo wysłania materiału do wytwórni już jako fakt dokonany, nigdy nie została ona wydana. Zespół zadecydował, aby wyrzucić ją do kosza po tym gdy uderzyła w nich kreatywność, która powiodła zespół do stworzenia Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys. Poprzednie nagranie dostało miano zaginionej płyty. Aż do tego momentu. Dwa tygodnie temu, Frank napisał na stronie My Chemical Romance, że materiał nie będzie dłużej leżał na półce. „Wspólnie” napisał, „zadecydowaliśmy, że ten rozdział w historii My Chemical Romance nie może być dłużej zamknięty.”
Teraz, Conventional Weapons, tak jak nazwali ten album, nie będzie więcej zapomnianą płytą.

„Black Parade było zupełnie inną planetą” powiedział Mikey o tym co zespół przeszedł przy tworzeniu następcy swojego odnoszącego najwięcej sukcesów albumie. „Nie spodziewaliśmy się tego.”
To oznacza, że byli zdeterminowani, aby nie powtórzyć nic z poprzedniczki.
„The Black Parade była bardzo zniechęcająca,” mówi Frank. „Naszą naturalną reakcją była ucieczka od niej. Chcieliśmy uciec od wszystkiego co mogłoby byś podobne do niej.”

„Chcieliśmy skończyć z takimi rzeczami jak kostiumy; nie chcieliśmy się za niczym kryć, chcieliśmy skończyć z takimi rzeczami.” powiedział Ray. „Z takim nastawieniem rozpoczęliśmy pisanie nowego materiału.”
Naga, ostra i opływowa była muzyka, którą napisali we wczesnym roku 2009. Wszystko co było zbędne zostało wycięte; opłacało się, dźwięki podcinanego gardła, ściśle trzymająca się zasad, które zespół sobie ustanowił.
„Wyrzuciłem z siebie większość tych piosenek” powiedział Gerard. „Po pierwsze, nie będzie żadnego konceptu. Nie będzie żadnych interesujących tytułów piosenek – Aczkolwiek myślę, że powinienem powiedzieć ‚pretensjonalnych’ niż ‚interesujących’. Nie będzie żadnych kostiumów, żadnego widowiska, niczego z tych rzeczy.”
I będzie taki, jak powiedział Frank „Nie Black Parade’owy”.
Zastąpili wszystko co wcześniej robili graniem prostego rock’n'roll’a. Ci, którzy słyszeli ich starania, uznali, że brzmią jak surowy punk, który grali The Hives. I tak jak nie przyszło to łatwo, nie przyszło również trudno.
„Napisaliśmy dużo materiału,” powiedział Mikey. Frank dodaje: „Pisanie tych piosenek nie było czymś super łatwym, ale nie było to też takie jak myśleliśmy mając blokadę twórczą.”
Wkrótce spostrzegli się, że mają album. The Black Parade, ten monumentalny koncept album, będzie zastąpiony czymś zupełnie przeciwnym: szorstkim, giętkim, kąsającym niczym kobra albumem. I tak nadeszły wątpliwości.
„Kiedy miksowaliśmy utwory mówiłem Ray’owi, że >>Coś tu nie gra<<” powiedział Gerard. „Nie potrafiłem ustalić kolejności piosenek. Każdego dnia wybierałem inne piosenki, które lubiłem i wtedy nie podobała mi się reszta. Niemożliwym było wybrać osiem piosenek, które mi się podobały. Czasami wybierałem sześć, a czasem tylko dwie. Miałem wrażenie, jakby w pokoju znajdował sie słoń.” Do tej pory każdy kto przesłuchał te piosenki twierdził, że są one dobre. I były – ale nie były odpowiednie na ten moment. Tak jak powiedział Frank, „Nie miały w sobie tej świetności.” Więc zaczęli myśleć o tym, co z nimi zrobić. „To było bardzo dziwne – zastanawialiśmy się, co zrobić,” mówi Mikey. „To było jak branie z kimś ślubu, o kim wszyscy myślą, że jest wspaniały i myślisz sobie >>Tak, ale nie znasz tej osoby zbyt dobrze…<<” Problemem było to, że nie dało się odpowiednio przekształcić tych piosenek, tak żeby odpowiadały temu co MCR kocha. „Byłem zdezorientowany.” powiedział Gerard. „Pomyślałem, że odrzucenie całego materiału pomoże nam zrobić jakiś krok naprzód. Rozbieraliśmy te piosenki warstwę po warstwie, aż doszedłem do momentu, kiedy zdałem sobie sprawę, że nic już po nich nie zostało. Wszystko co kochałem w My Chemical Romance – sztukę, wyobrażanie sobie postaci, kostiumy, teledyski i wizualny wygląd – wszystko to znikło. W zespole nie było nic do robienia dla mnie. Byłem przerażony. Pomyślałem >>Czy to jest to? Czy to jest to co damy ludziom do oceny, a oni powiedzą ‚Zgubili to coś?’<<”
To było to, krótko mówiąc, strach. Jednak nie był to strach przed posuwaniem się naprzód – przykładem na to było Danger Days, które zupełnie odbiega od tego czym było The Black Parade. – to był strach przed samym sobą, zwątpienie we własne przeświadczenia.
Ponieważ tak jak powiedział Frank „większość piosenek jest dobra” oraz „w pewnym sensie są wspaniałe”. Po prostu nie widzieli tego wcześniej gdy byli porwani wirem najbardziej traumatycznych lat swoich żyć.

Trzy lata od tamtej pory członkowie zespołu widzą to już zdecydowanie wyraźniej. Obecnie, My chemical Romance przysiadło na moment i posłuchało tych piosenek jeszcze raz. Wymazując to co ich wcześniej powstrzymało – presję i trud tworzenia – piosenki nabrały dla nich znaczenia. Zasługiwały na to aby być usłyszanymi.
I tak, Conventional Weapons będzie się ukazywał po dwie piosenki. Prosto i rzeczowo, te piosenki są echem zespołu, który na nowo łączy się z przeszłością i określa, jaki był w czasie kiedy ciążyła na nim ogromna presja. Tak jak powiedział Frank „Puście je głośno bez osądu”.
Niegdyś My Chemical Romance sądzili, że te piosenki powinny skończyć w śmieciach. Teraz zrozumieli, że pomogą im zrozumieć kim są.

(tłumaczenie dla mychemicalromance.com.pl – Dr.Ienzo i Linnet)