Frank i Ray dla Gutterspine

Wywiad z Frankiem Iero i Rayem Toro z My Chemical Romance dla Gutterspine

- Jacqueline Ronson

Kolejną płytą w karierze My Chemical Romance, po wydanej w 2006 roku Black Parade, jest album Danger Days: The True Lives of Fabulous Killjoys, który został nagrany krótko po przecechowaniu  kierunków artystycznych. Płyta ta, na której znajdują się wybuchowe kawałki brzmiące nieco jak party pop, została dobrze przyjęta przez krytyków. Ale co najważniejsze – polubili ją fani.

Kilkadziesiąt ubranych na czarno dzieciaków pałętało się przed The Centre w Vancouver, kilka godzin przez niedzielnym koncertem. Prawdopodobnie mieli nadzieję, że rzucą chociaż okiem na członków zespołu, którzy przechadzaliby się między autobusami zaparkowanymi przy miejscu koncertu.

W środku, gitarzyści, Frank Iero i Ray Toro, zasiedli ze mną i innymi dziennikarzami. Powiedzieli nam o swojej miłości do muzyki, najszczęśliwszego momentu życia Franka i o ich ambitnych planach o zanieczyszczeniu świata swoją zaraźliwą pozytywną energią.

Nowy Album

Jacqueline Ronson: Chyba mieliście trochę problemów przed wydaniem Danger Days, po płycie Black Parade, przecież wyrzuciliście jeden pomysł na płytę do kosza. Co w końcu pomogło wam  nagrać nowy album?

Frank: Dobra, żeby zacząć, to powiem, że trasa przy Black Parade była bardzo długa i zniechęcająca, potrzebowaliśmy przerwy, potrzebowaliśmy czasu wolnego od grania. Myślę, że tym motorem do ponownego wspólnego grania było nagrywanie piosenki do filmu Watchmen. Znów zaczęliśmy tworzyć razem  muzykę i to było jak „Och, super, to fajne uczucie, takie czyste, czujemy się zainspirowani i to czas na nową płytę.” Ale to nie był wcale dobry czas na nagranie albumu. Chyba powinniśmy jeszcze trochę ze sobą posiedzieć i tak po prostu pograć. Ale zamiast tego, pobiegliśmy do studia i zaczęliśmy nagrywać. Podczas tego, nie wiedzieliśmy jak to wszystko będzie wyglądało, dopiero po przesłuchaniu się dowiedzieliśmy. To była bardzo niedojrzała decyzja, żeby znów pójść nagrywać. Podczas miksowania, przesłuchaliśmy wszystkiego i stwierdziliśmy, że faktycznie gadaliśmy o płycie, ale nie wyszedł nam album, którym  moglibyśmy żyć przez kilka lat. Mieliśmy coraz mniej czasu, więc wzięliśmy się trochę na wstrzymanie, znów wróciliśmy do studia i mieliśmy kilka piosenek, które chcieliśmy nagrać. I to jest coś, czego nigdy nie chcesz czuć, nagrałaś płytę i nagle zdajesz sobie sprawę, że masz jeszcze cztery czy pięć piosenek, które chcesz nagrać. Chcesz to z siebie wykrzyczeć. Więc wróciliśmy, napisaliśmy te piosenki. Jedną z nich było Sing, i to był ten znak, że piszemy nową płytę, coś jak otworzenie nowego rozdziału, pisaliśmy piosenki dla nas. To było małe zestawienie piosenek, których potrzebowaliśmy, żeby zastąpić Black Parade. Dotarcie do tego punktu zajęło nam trochę czasu.

Dziennikarz: Gdy nagrywaliście album, nie mieliście wrażenia, że jest coś, co musicie udowodnić?

Ray: W tym zawsze jest coś do udowodnienia samemu sobie. Musimy zrobić coś lepszego niż wcześniej. Nagrać lepszą płytę, napisać lepszą piosenkę, grać lepiej, być bardziej kreatywnym, eksperymentować. To jest presja, którą sami sobie nakładamy. Zawsze chcesz coś udowodnić…

Frank: Ray, skończ! Próbowaliśmy się na chwilę ukryć. Mieliśmy wrażenie, że było nas wszędzie za dużo, rzygałem nami. Sądziłem, w tamtej chwili, czy mamy coś, co możemy udowodnić? Myślę, że jesteśmy świetnym zespołem i myślę też, że staramy się dbać o wszystko, gdy wydajemy album, naprawdę dobry album. Ludzie o nas zapomnieli, wróciliśmy do początku zespołu, nie byliśmy kimś specjalnym. To świetny czas dla zespołu. Kiedy mamy nad sobą presję, żeby stać się kimś znowu, jest dobrze.

Ray: Tak, to prawda.

Frank: Ale to fajne, nie być kimś znaczącym.

Dziennikarz: Celowo zdecydowaliście się na zmianę kierunku muzycznego, czy była to po prostu ewolucja?

Frank: Trochę tego i tego. W tym na pewno jest celowa próba żeby zrobić coś nowego. Myślę, że gdybyśmy stanęli w miejscu jako artyści, to byłoby trochę jakbyśmy podali sobie truciznę, wiesz? Ale też dorośliśmy. Minęły cztery lata od ostatniej płyty. Wiele rzeczy się wydarzyło. Jesteśmy kimś zupełnie innym.

Dziennikarz: Czy jest coś z waszego starego stylu, co włączyliście do nowej płyty?

Frank: Włożyliśmy w to ogarniającą nas miłość do melodii. Myślę, że nauczyliśmy się tego, że w tym nie ma tylko jednego z nas. Jak zaczyna się grać w zespole, to ma się myśl „Och, mam super pomysł, taki dobry pomysł!”, i przychodzi taki moment, że łączy się to z innymi pomysłami i wychodzi coś zupełnie innego, czasem to kontrast, coś podobnego, a czasem coś szalonego. Zdaje mi się, że jak jest się w zespole już długi czas, to trzeba wiedzieć, kiedy jest twój moment. To taka dojrzałość zespołowa, to jest takie coś, nie muszę w tym zespole grać. Po prostu chcesz, dajesz sobie to poczuć. Co w to wnieśliśmy? Chyba podekscytowanie. Gdy słucham nagrania – teraz tego nie robię, bo teraz ją gramy, jesteśmy w tym – ale kiedy ją nagrywamy, to jedyne co robię, to słucham jej miesiącami, prawie cały rok. Słyszę tych czterech chłopców, którzy cieszą się z faktu tworzenia muzyki, tego co robimy i tego, że spędzamy czas razem. Dlatego to jest chyba taka luzacka płyta. To właśnie chyba to ona sobą przekazuje. Mam taką nadzieję.

Dziennikarz: Tak została przyjęta. Macie wrażenie, że fani dorastają razem z wami?

Ray: Na pewno większa część z nich tak, to jest muzyka, której chcą słuchać, tego właśnie w tym momencie potrzebują, wiesz? Tak jak mówisz, dorośli z nami.

Koncert na żywo

Jacqueline Ronson: Inny dziennikarz i ja, zanim tu weszliście, gadaliśmy, że ta sala ma same siedzące miejsca. Jak to zmieni wasz koncert?

Frank: Nie mam zielonego pojęcia.

Ray: Niedługo się dowiemy!

Frank: To pierwszy raz jak gramy w takim miejscu.

Ray: Graliśmy już w amfiteatrach na dworze, które miały tylko trochę podłogi. To będzie dziwne. W sumie nie wiem, bo wtedy też weszliśmy i myśleliśmy, że to dziwaczne.

Frank: W razie czego zejdę i też sobie usiądę.

Ray: Odnoszę wrażenie… Jestem pewien, ze dzieciaki na pewno jakoś będą się bawić.

Dziennikarz: Byliście niedawno na Comic-Con jakiś czas temu, czy to zainspirowało te kolory… Słyszałem, że wasze koncerty są teraz różnorodne.

Frank: Żyliśmy bardzo długo w czarno-białym świecie. To było fajne, tak trochę się z tego wybić. A Comic-Con jest super, bo jesteśmy dziwakami.

Dziennikarz: Co robicie chwilę przed koncertem?

Frank: Każdy z nas szuka jednej godziny w samotności, rozgrzewamy się, przygotowujemy do koncertu. Potem od pięciu do dziesięciu minut siedzimy razem, śmiejemy się z całego dnia, z tego, jak nieprawdopodobne są nasze życia, mówimy sobie, że się kochamy, życzymy sobie szczęścia i dobrej zabawy. Potem wychodzimy na scenę i właśnie to robimy, dobrze się bawimy.

Przyszłość

Jacqueline Ronson: Czy My Chemical Romance pragnie zdominować świat?

Frank: Uch, chyba zanieczyścić…

Ray: Tak, to określenie bardziej przypada mi do gustu.

Frank: Nie byłbym tego taki pewien.

Ray: Tak, dominacja świata, to złe.. Kochamy podróżować po świecie. Kiedy na początku ‚startowaliśmy’ z zespołem, nie przychodziło nam do głowy, że moglibyśmy zobaczyć chociaż parę krajów w których byliśmy. W czasie Black Parade byliśmy w kilku niesamowitych miejscach, i myślę, że w następnym roku prawdopodobnie znowu tam będziemy. To super rzecz, wiesz, kiedy zwiedzasz te kraje, miejsca, takie jak Wietnam, kraje w Ameryce Południowej, Chile, graliśmy też w Korei. Grasz w tych miejscach raz czy dwa i zawsze chcesz i możesz do nich powrócić i zrobić niesamowite show, dać z siebie wszystko. Dobrze jest pojechać do miejsc tak daleko od domu i dzięki sporej grupie dzieciaków czuć się jak u siebie.

Dziennikarz: Powiedzcie co was pociąga w muzyce i czy z biegiem czasu wasze upodobania muzyczne się zmieniły?

Ray: Powiem tak, zwłaszcza niedawno muzyka stała się najlepszym narkotykiem. Stawia mnie na nogi każdej nocy, pozwala mi działać, to niesamowite. Kocham tworzyć muzykę i kocham grać z chłopakami, to najlepsze co mnie spotkało. A teraz to jeszcze fajniejsze. Tak jak powiedział wcześniej Frank dorośliśmy jako ludzie, jako muzycy. I zauważyłem, że jesteśmy bardziej pewni siebie jako muzycy i jako członkowie tego zespołu. To niesamowite.

Frank: I jeśli jesteś szczęściarzem na tyle, żeby móc robić to co my, i żeby być światkiem jak uniwersalny jest język muzyki – twoje zainteresowanie tym wzrasta. To szalone, jedziesz do miejsca, gdzie nie mówimy tym samym językiem, ale publika śpiewa większość piosenek, które napisaliśmy w naszej piwnicy. Te dzieciaki, których przypuszczalnie nigdy nie poznałeś, przejmują się nimi bardziej niż ty. Ale to kompletnie inna sprawa. To wywiera jakiś wpływ w ich codziennym życiu. Ale nie będę nawet próbować zrozumieć jak wygląda ich życie.  Jeśli muzyka komuś pomaga, to jest to dla mnie wspaniały prezent. Bardzo, bardzo wartościowy. Nasze piosenki nie dadzą się kontrolować. To zdumiewające.

Dziennikarz: Jeśli nowy album byłby rozdziałem w sadze „My Chemical Romance”, o czym byłby ten rozdział?

Frank: Ja uważam, po pierwsze, że byłby o dorosłości i pogodzeniu się z nią. Po drugie, o dowiedzeniu się, jak można znowu przeżyć dobre chwile. To może brzmieć dziwnie, ale uważam, że to łatwe być ‘torturowanym’ artystą. Ale myślę też, że to łatwe być kreatywnym  bez bólu i cierpienia. Ale bardzo trudno jest stworzyć coś nie będąc szczęśliwym, nie mając żadnej uciechy z życia. Kiedy życie jest proste, bezproblemowe, twoja sztuka, wytwór najczęściej jest gówniany. Dlatego ludzie zazwyczaj upijają się do grobowej deski, dzięki temu są postrzegani jako geniusze. W świecie, w którym żyjemy teraz, nie potrzeba więcej smutku. Myślę, że jest go wystarczająco, na tyle, że nie potrzebujemy go już w naszej fantazji, w naszych myślach. Dla nas, ten rozdział My Chem jest… bardziej optymistycznym horyzontem, rozumiesz? Myślę, że to całkiem dobre.  Rozmawiałem z Gerardem, mięliśmy około ośmiu dni wolnego i pojechałem do domu. Pisaliśmy smsy, rozmawialiśmy trochę, nieważne. Spędziłem czas z moimi córkami i prawdę mówiąc – rozpłakałem się. Siedziałem i się wzruszyłem, ale ja czuję, „Boże, jestem taki szczęśliwy!” To najszczęśliwsze co mogło mi się przytrafić w całym moim życiu. I nie wiem jak się z tym uporać, bo nawet nie myślałem, że takie coś mi się przytrafi. Rozmawialiśmy, i myśleliśmy tak: „Wszystko bardzo dobrze się układa i nie mogę dłużej odwlekać powrotu na trasę” . Oczywiście tęsknię za moimi dziećmi najbardziej na świecie, ale wiem, że kiedy urosną to będą myśleć „Popatrz, co zrobił mój tata, popatrz, co osiągnął. I robi te wszystkie rzeczy bo to kocha i robi to też dla nas”. I myśleliśmy „Wracamy na trasę, rozpieprzymy to.”, a ja na to „Wchodzę w to”.

Wywiad przeprowadziła Jacqueline Ronson.

(tłum. ThePiePlague i Sharp dla mychemicalromance.com.pl)