The Punk Site

Wywiad z Frankiem Iero i Rayem Toro dla The Punk Site

Po sukcesie w Europie, Wielkiej Brytanii I Japonii, Edmonton było jednym z pierwszych stopów dla zespołu My Chemical Romance w trasie po Ameryce Północnej. Gitarzyści, Frank Iero i Ray Toro, zaprosili mnie do trasowego autobusu przed koncertem (na który bilety zostały wyprzedane), żeby pogadać o trasie, nowym albumie (Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys), o albumie, który odrzucili, ich miłości do winyli i ich piosence, która pojawiła się w serialu Glee.


Bobby: Zaczynając od podstaw, jesteście teraz na trasie o nazwie Wolrld Contamination. Jak wam się podoba?

Ray: Bardzo.

Frank: Dokładnie. Zaczęło się… kiedy się zaczęło? Wczesnego listopada?

Ray: Tak.

Frank: W Wielkiej Brytanii. Poprzez Europę, Wielką Brytanię, Japonię, trochę koncertów w USA i teraz jesteśmy w Kanadzie. Jest świetnie. Czuję się skażony.

Ray: Tak, serio. Było wiele zanieczyszczeń, bardzo wiele chorych ludzi.

Bobby: To nie jest zbyt fajne na trasie – szczególnie w takim ciasnym autobusie.

Ray: Tak, to prawda, to najgorsze, jedna osoba zachoruje, a potem choróbsko łazi sobie po wszystkich.

Bobby: Pomijając tych osiem dni w USA w grudniu, zjeździliście Europę, Japonię i Wielką Brytanię. Co zdecydowało, że część trasy po Ameryce Północnej będzie tak późno?

Ray: To dobre pytanie, nie jestem w sumie pewien.

Frank: Wiesz, to jedna z tych rutyn trasy: dni mijają, a tu nagle okazuje się, że rok spędziłeś na trasie. To też taka tradycja, że zaczynamy trasę w UK. To jedna z tych rzeczy na szczęście. Nagraliśmy dwie płyty i pomyśleliśmy, że byłoby fajnie zrobić to znów, wrócić do korzeni, wiesz?

Oczywiście trasy za oceanem są ciężkie. Pewnie tak samo byłoby, gdybyśmy byli z zespołem z Wielkiej Brytanii, który koncertuje po Ameryce Północnej. Jak się jest za oceanem, trasa trwa dwa miesiące, a ty masz wrażenie, że to cztery. To takie… otrzeźwienie, jak wraca się do USA. Możesz używać swojej komórki, to pociesza.

Bobby: To jej prostota.

Frank: To pikuś, człowieku. To tak samo jakby się dało wetknąć coś w komputer bez rozpieprzania go.

Ray: Pomijając wszystkie rzeczy, fakt, trochę zajęło nam czasu dotarcie tutaj. Minęło już trochę czasu od wydania płyty, i lubię to na swój dziwny sposób, bo to takie połączenie z ludźmi, potrzymanie ich. Prócz spotkania z nimi, mogą czegoś posłuchać, całego nagrania. O interesujące, bo to, co zrobiliśmy w Europie, to było takie liźnięcie płyty, teraz fani znają nagranie, są inni, reakcje na piosenki są inne i mówiąc do nich widzisz, że inaczej reagują.

Bobby: Znalazłem jedną interesującą rzecz – którą zresztą nieco już poruszyliście – trasa po Europie miała trzy części. Graliście w październiku, potem w styczniu i marcu, a teraz wracacie jeszcze na czerwiec, lipiec i sierpień, zamiast tych kilku miesięcy tam. To dlatego, że jest trochę bardziej skomplikowanie?

Frank: To dlatego, że musieliśmy się zestawić z festiwalami.

Bobby: Co jest dość sporym wydarzeniem w Europie.

Frank: Och, coś ogromnego. To zupełnie coś innego niż w USA, w sumie, to nie mamy czegoś takiego. Mamy festiwalowe trasy, ale…

Bobby: Jesteście już wpisani na Coachella, I ogormne festiwale w Europie jak Geozrock, Reading i Leeds…

Ray:  Tak, Niemcy mają Rock am Ring, Rock im Park, mają tego tysiące..

Bobby: Muszę też zadać wam pytanie, bo oglądałem wasz filmik dla Alternative Press, gdzie gadaliście o dead mic. (Dead mic to rodzaj mikrofonu, którym można się porozumiewać, a słyszą go tylko osoby ze słuchawką w uchu – przyp. Sharp)

Ray: Tak, racja.

Bobby: To prawda? Macie dead mic?

Frank: Tak, mamy dwa. Nie! Mamy więcej, bo…

Ray: Pedicone miał jeden, Dewees też. Teraz mamy ich cztery i są boskie. To dobra rzecz do komunikacji. Frank jest na nim świetny. Zawsze znajdzie moment – nie zawsze do tego odpowiedni – żeby rzucić żartem [śmiech]. Więc to dość zabawne. To także fajna sprawa, jak już mówiłem, komunikacji. Czasami gadami przez to z ochroną. Widzimy, że idą do nas dzieciaki i informujemy naszego ochroniarza Mattiego. Ale podczas koncertu możemy sobie powiedzieć “jaki zajebisty koncert”, razem się nakręcamy. To fajne, że przed tyloma osobami mamy jednak coś tylko swojego.

Bobby: Coś prywatnego.

Ray: Dokładnie.

Bobby: Pomyliliście się kiedyś i powiedzieliście coś do normalnego mikrofonu?

Frank: Hmm, nie. Są od siebie daleko. Prawdziwy mikrofon stoi na przeciwko tłumu, a ten fałszywy, przynajmniej mój, przy perkusji. Fajnie by było, jakbyśmy mieli takie mikrofony, które można przyczepić do ubrania, byłoby jeszcze lepiej.

Bobby: Jak agencji specjalni?

Ray: Ale to naprawdę dobry pomysł. Ułatwiłoby sprawę, podoba mi się.

Bobby: Chcę pogadać o winylu, bo jest 16 kwietnia, Dzień Sprzedaży Nagrań, a wy wydajecie winyl Na Na Na. Kto wpadł na pomysł wydania go właśnie tego dnia?

Frank: Gadaliśmy z wytwórnią. To super, że jest taki dzień jak Dzień Sprzedaży Płyt. Jakiś czas temu miałem wywiad i dla mnie to dziwne, że dzieciaki nie mają dnia, kiedy mogą sobie wejść do sklepu i przeglądać w płytkach. Połowa zabawy to znalezienie czegoś nowego i zakochanie się w tym. Szukanie, szukanie i jeszcze raz szukanie to najlepsza zabawa.

Nasze pokolenie kochało sklepy z płytami tak bardzo, że mogliśmy grać koncerty na galach, a gdyby nagle goście, których nazywa się distrosami, przynieśli pudła z płytami, moglibyśmy przerwać i iść grzebać. W dzisiejszych czasach wystarczy dwa razy kliknąć i już masz dyskografię jakiegokolwiek zespołu.

To trochę głupie, bo kupowanie płyty jest jak związek. Widzisz ją z drugiego końca pokoju, nie wiesz, czy ją polubisz, ale jeśli spędzisz z nią trochę czasu, nauczycie się kochać nawzajem. Teraz już tego nie ma. Nie ma już na to czasu, bo masz jakieś miliard zespołów na swoim iPodzie.

Bobby: I nawet to – jak powiedziałeś – widzisz płytę z końca pokoju. I co przyciąga twoją uwagę? Okładka. Tak to było, a teraz masz to na odtwarzaczu…

Frank: Nawet nie możesz tego zobaczyć, beznadziejnie.

Ray: Jak tylko możliwe, staramy się zrobić z płytki coś specjalnego. Ale Internet ma dwie strony medalu – to świetne, że w tak szybki sposób można tam znaleźć i poznać muzykę i jakieś informacje, ale to psuje całe doświadczenie.

To znaczy, na szczęście sklepy z płytami – te, które jeszcze istnieją – są wciąż wokół nas, więc możesz tam tego doświadczenia nabrać. To smutne; pamiętam jak zaczęliśmy koncertować… To była chyba nawet pierwsza trasa, sklepy z płytkami zaczęły upadać, ale wciąż trwały. To było fajne, pójść tam i znaleźć coś nowego. To było bardzo ekscytujące. Ale teraz, teraz większość sklepów jest zamkniętych.

Frank: Pamiętasz te pierwsze trasy, połowa twoich walizek to były płyty CD.

Ray: [śmiech] Tak, wiem!

Frank: Mogło się nosić nagrania i wciąż ich słuchać na trasie. A teraz nosisz ze sobą tylko gacie i skarpety.

Bobby: Więc jesteście wielkimi fanami winylów. Zastanawiam się – czy pamiętacie pierwszą płytę winylową, którą wybraliście i która była tą, która zrobiła na was największe wrażenie?

Frank: Dla mnie to była kopia płyty od mojego ojca, Sgt. Pepper’s (Płyty The Beatles – przyp. Sharp) Tata grał na bębnach, więc mój weekend wyglądała tak – poszedłbym do niego, a on grałby akurat koncert w nocy z soboty na niedzielę, a w dzień byłby w pracy. Więc poszedłbym do wujka, gdzie czyściłbym cymbałki. To było coś, czego nienawidziłem, ale mogłem słuchać płyt, więc słuchałem wszystkich – Beatlesów, BB Kinga, Buddy Guy’a… Brałem taką płytę do ręki i mogłem gapić się na nią godzinami – nie robiąc nic z rzeczy, których nie znosiłem – zastanawiając się kto jest na okładce i słuchając nagrania tak długo, aż bym oszalał.

Ray: Próbuję sobie przypomnieć co to była za płyta. To były dwie płyty, albo Zeppelin Three albo Four. Nie pamiętam. Album był, w większej części, biały, a w środku na okładce miał zmieniające się obrazki, mogłeś je zamieniać. Na okładce były dziury, więc jak kręciłeś płytą, wszędzie w dziurach pojawiały się inne obrazki. Mój brat był wielkim fanem Led Zeppelin i Hendrixa, ogólnie klasycznego rocka; miał masę płyt. Pamiętam, że siedziało się i słuchało, wciąż się gapiąc – wciąż i wciąż – jaki wielki kawał sztuki się właśnie odkrywa.

Bobby: I ta interaktywność.

Ray: Tak, to też kocham. To tak samo, jak In Through The Out Door Yeah, na okładce był apartamentowiec i dało się otworzyć każde okno i w każdym był inny rysunek. Mogło się je zamieniać. To było zajebiste. To właśnie była ta fajna sprawa odkrywania płyt

Bobby: Tak, dokładnie, coś naprawdę namacalnego.

Ray: Zapach starych płyt jest świetny.

Frank: Tak, racja.

Ray: Trochę jak piżmo.

Frank: Coś jak zapach grzyba, którego nie powinno się wdychać…

Bobby: Ale i tak chce się to robić.

Ray: Tak!

Bobby: Na winylu Na Na Na będzie b-side, który jest niewydaną piosenką Zero Percent. To nagranie z sesji nagraniowej Killjoysów czy z tych dwudziestu ośmiu piosenek, z których zrezygnowaliście?

Frank: Akurat z sesji Killjoysów.

Bobby: Okay, a co skłoniło was do stworzenia albumu o Killjoysach i odrzuceniu tej pierwszej płyty?

Frank: Nagrywaliśmy tamtą płytę już sporo czasu, myślę, że zostało kilka tygodni do końca. To trochę dziwne, bo nagle wpadła mi do głowy piosenka, gdy wymyślaliśmy już stronę internetową i wskazówki. Chciałem nagrać sobie dzwonek, więc zacząłem grać na takim małym keyboardzie i zapisałem to. Chłopaki potem powiedzieli, że to za dobre na dzwonek, więc zrobiliśmy z tego piosenkę.

Ray: Tak, to jedna z moich ulubionych. Jest taka ciężka, super jest.

Frank: Trochę średnio ciężka.

Ray: To było trudne, on ma rację, nagrywaliśmy już sporo czasu. I nagle piosenki takie jak Destroya wyszły zaraz po Kids From Yesterday i to było dziwne, ponowne układanie track listy. Wiele razy musisz wywalać piosenki, które bardzo lubisz. Więc podoba ci się to, że stają się b-side’ami.

Bobby: Chcę pogadać trochę o odrzuconym albumie. W wywiadzie dla NME powiedzieliście, że chcieliście wywalić ten album, bo brzmiał typowo dla My Chem. Chyba Gerard to powiedział. Co mieliście na myśli?

Frank: Nie szliśmy do przodu. Graliśmy w bezpiecznym miejscu. Muzyka wciąż szła z naszych serc; wciąż pisaliśmy, dobrze się bawiliśmy, ale na końcu stwierdziliśmy „w porządku, możemy to wydać, jechać z tym w trasę na rok, byłoby super, ale to nie jest coś najlepszego”. Sam nie wiem…

Wiesz, czasem słyszysz zespoły, które mają trzy płytki i wrzucasz ich albumy na przypadkowe przewijanie i słuchając piosenki nie wiesz, z jakiego ona jest albumu. Mnie takie coś doprowadza do szału.

Bobby: Pragniesz różnorodności.

Frank: Oczywiście. To jest nowe, to jest stare, da się rozróżnić. Tak właśnie było “okay, to piosenki MCR, nie są złe, ale nie są też najlepsze. Ganiamy się w kółko.”

Ray: Myślę też, patrząc na to z perspektywy czasu, że nie wiedzieliśmy tak naprawdę co chcemy nagrać. Lubię Danger Days, bo jest kompilacyjną płytą, ale ma w sobie coś przyciągającego, we względu na teksty, energię i atmosferę. A tamta płyta była bardzo rozłączona. Było pięć czy sześć piosenek w stylu Vampirey Money, z pełną masą energii w środku… Były dobre piosenki, ale nie trafiliśmy nimi w sedno. Można było powiedzieć, że zespół nie wiedział jak coś skończyć, a my chcieliśmy coś zakończyć – ten album tym nie był.

Frank: Byliśmy bardzo podekscytowani faktem, że znów ze sobą gramy, więc głupio pisaliśmy piosenki, gdy powinniśmy trochę ze sobą posiedzieć, a nie pisać. Na sam koniec, nie mieliśmy czasu i myśleliśmy „Cholera, to już czas wydać płytę.”

Ray: A to nigdy nie jest dobre. To się właśnie stało, zabrakło nam czasu w studiu. Nikt chyba nie czuł, że skończyliśmy ten album.

Bobby: Zamiast trochę poćwiczyć, zaraz pospieszyliście do studia, racja?

Ray: Dokładnie.

Frank: Pisaliśmy piosenki, potem pobiegliśmy do studia i nie mamy już czas, gdzie on się, kurna, podział? To nie było skończone, to było coś jak „Och, kurna, nie mamy czasu – co teraz robimy?!”

Bobby: Jedną z interesujących w was rzeczy jest to, że zawsze wnosicie coś teatralnego do koncertów. Widzi się Black Parade i od razu rzucają się w oczy mundury. Patrzy się na Danger Days i ma się przed sobą całą tematykę science-fiction. Czytałem, że zanim zrezygnowaliście z tamtego krążka, zdążyliście już zrobić sesje zdjęciowe i mieliście już coś nowego. Jaki temat miała tamta płyta?

Frank: O to chodzi. Ta płyta go nie miała.

Ray: Nie miała żadnej identyfikacji.

Frank: No, właśnie. To tak nas źle nastawiło do tego, bo zastanawialiśmy się czy ta płyta w ogóle ma jakąś “osobowość”.

Ray: Tak, o to chodzi. Okładka była gotowa, to normalne. W czasie, gdy inne okładki są inspirowane muzyką, muzyka jest inspirowana pomysłami, na tę płytę… Na nią mieliśmy tylko pomysł z wielkimi samochodami. To śmieszne, bo w końcu ten pomysł wylądował w Danger Days. Pamiętam…

Frank: Na pustyni.

Ray: Tak, na pustyni. Kojarzę jedną próbę okładki, nie pamiętam jaki to był samochód, ale spadał z klifu. Był pomalowany we flagę Ameryki, coś takiego. To było śmiałe, ale widzisz, skończyło się w Danger Days.

Bobby: Racja, macie takie auta w Na Na Na.

Ray: Tak.

Bobby: Jak już mowa o teledyskach, podobają mi się te tematyczne element; łysy facet, maski małp, dzieciak z wielkim afro. Ale to, co mnie zainteresowało to teledyski do Na Na Na i SING!, a wy nagle wydajcie Planetary (GO!) z koncertu. Skąd ten pomysł i czy będziecie kontynuować historyjkę z dzieciakiem zabranym przez ludzi z białego vana?

Frank: Tak. Historia ma być trylogią. Są już pierwsze dwie, więc wydamy trzecią w odpowiednim czasie. A jak decydowaliśmy się na Planetary, chcieliśmy… Chcieliśmy pokazać jak gramy koncerty.

Ray: Tak, bo nie było żadnych filmików z koncertów w tamtej chwili.

Frank: Nie pokazywaliśmy się grających. Podoba mi się jak złączyłeś historię z łysym facetem, dziewczynką z afro i białym vanem. Będzie skończona, to zależy kiedy wyjdą single, wtedy zakończymy historię. Mogliśmy połączyć Planetary z historią Killjoysów, ale nie wyszłoby to.

Ale było i tak super. Pierwszy raz nagraliśmy teledysk za oceanem. To było dość szalone. Co mieliśmy? Może dwa tygodnie na przygotowanie tego wszystkiego.

Ray: Dokładnie.

Frank: I tak to właśnie było. Całkiem to było śmieszne.

Bobby: Dwa tygodnie na przygotowanie nagrywania Planetary?

Frank: Tak.

Bobby: Teledysk do Sing był reżyserowany przez Gerarda, tak?

Ray: Tak, przez niego i Paula Browna.

Bobby: To był pierwszy raz jak nagrywał teledysk dla zespołu?

Ray: Nie, pomagał też przy Na Na. Na Na było super, bo zrobił większość sam, a obok zawsze był nas kumpel, John Lethara i – nie pamiętam nazwiska drugiego gościa – którzy pomagali. I Sing też jest fajne. Gerard się postarał. Miał wizję na Sing i Na Na, a my mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy ludzi, którzy pomogli mu to zrealizować.

Bobby: Pracowaliście już z Colleen Atwood, trzykrotną laureatką Oscara, która zaprojektowała wam kurtki, które teraz sprzedajecie na waszej stronie internetowej. Jak zaczęła się wasza współpraca z Coleen?

Ray: Podczas Black Parade.

Frank: Tak, zaczęło się przy Black Parade.

Ray: Gerard bardzo lubi jej twórczość, miał pomysł na kostiumy na Black Parade, i nie sądził, żeby ktoś zrobił je lepiej, bo ona jest taka utalentowana. I od tamtej pory mamy z nią dobry kontakt. Uwielbiamy z nią pracować.

Bobby: Mówiąc o mundurach z czasów Black Parade, pamiętam, że czytałem wywiad dawno temu, gdy Gerard mówił o kimś – chyba o Collen – żebyście użyli innej tkaniny. Ale, że się nie zgodziliście i potem stwierdziliście, że miała rację, bo było gorące. Chcieliście, żeby były czyste i schludne, a po kilku latach zrobiły się brudne i zniszczone i wyglądają świetnie. Jak to było ubierać je dzień w dzień i jak gorąco w nich wam było?

Frank: Strasznie.

Ray: Cholernie gorąco.

Frank: Tak, były z wełny. Były ciężkie, przylegały do ciała, jakoś się z nimi męczyliśmy, ale w końcu ktoś zrobił nam podobne, lżejsze, takie, żeby pasowały na koncerty. Potem stwierdziliśmy, że będziemy już grać tylko w marynarkach, bo reszta była nie do wytrzymania. Oryginalne spodnie sięgały dotąd [Frank pokazuje wysokość swojego brzucha]. Ciężka sprawa.

Ray: Były zrobione tak, żeby wyglądały jak ze starej epoki.

Bobby: I doszliście do punktu, gdzie mówiliście sobie, że ludzie nie widzą szelek I szczegółów, wiec czemu przechodziliście przez to co wieczór?

Frank: To jak bycie strażakiem – ubierasz się, bo musisz.

Bobby: 15 stycznia, obsada serial Glee, wykonała cover piosenki Sing. Widzieliście ostateczną wersję? Jak wrażenia?

Frank: Nie widziałem całości; widziałem moment jak śpiewają. Ci ludzie mają świetne głosy, to wersja, której nigdy byśmy sobie nie wyobrazili. Nigdy byśmy tego nie zrobili i to fajnie, że możemy zobaczyć interpretację innych.

Bobby: Żeby zobaczyć to trochę inaczej. Wy przyszliście do Ryana Murphy’ego [Reżyser serialu Glee], czy on do was?

Ray: On do nas.

Frank: Oni przyzszli do nas. To miłe, że jesteśmy pierwszym rockowym zespołem, który został włączony do serialu.

Bobby: To, co mi się podoba w Glee, to, to, że ma wiele odsłon. Wiele zespołów pisze piosenki, żeby Glee to zagrało. Paul McCartney napisał piosenki, mówiąc, żeby były one dla Glee. I wtedy Ryan Murphy poszedł do Kings of Leon, Foo Fighters i Slasha, a oni powiedzieli mu nie, a on, przeklinając, wyzywał ich. Co myślicie o takich sytuacjach? A) Gdy zespół pisze coś specjalnie dla Glee czy B) „Nie, walcie się, nie damy wam nic zagrać”?

Ray: Gusta i guściki.

Frank: Mają ten przywilej.

Ray: Dla nas, z powodu piosenki, którą wybrali – wzięli ją z jakiegoś powodu. Widocznie ma ona wiele do przekazania światu, wiele dzieciaków bierze przykład z tego, co ogląda. Dlatego właśnie wzięli tę piosenkę. Dla nas osobiście, część pomysłu Danger Days, to wchodzenie w strumień. Musisz użyć każdej broni, żeby dostać się do umysłów ludzi, coś w nich zmienić i być usłyszanym. Czasami trzeba to robić. Dlatego się na to zgodziliśmy. Dla innych to głupota i mają do takiego myślenia prawo.

Frank: Mogłoby być inaczej; byłoby naprawdę zabawne, gdyby nagrali Vampire Money albo coś takiego, ale to byłoby coś zupełnie innego. Tak jak powiedziałeś, Sing to piosenka globalna, tekst jest ważny, dlatego chcesz, żeby wszyscy go usłyszeli.

Bobby: Wspomniałeś o powrocie do popularności, dlatego pewnie też zgodziliście się na użycie Planetary (GO!) w Grand Turismo Five. Jesteście wielkimi fanami tej gry, tak?

Ray: Tak

Bobby: Jak fajnie było usłyszeć w niej swoją piosenkę?

Ray: Byliśmy cholernie podekscytowani. To super, bo zrobili z tego jakby początek filmu w kinie. Zrobili z tego niezły filmik. To jak spełnienie marzeń, nie sądzisz, że ci się to przytrafi, aż tu nagle – bam, marzenie spełnione. Twoja piosenka jest w grze komputerowej, w którą i tak byś zagrał. Trochę to było dziwne na początku, ale jednak lubię się do tego ścigać. Szybciej jeżdżę, gdy słyszę moją piosenkę.

Wywiad przeprowadził Bobby Gorman.

(Tłum. Sharp dla mychemicalromance.com.pl)