Wywiad z Frankiem Iero wThe South Orange

Bellevillczyk Frank Iero, lat 29, jest jednym z członków rockowego zespołu My Chemical Romance, który wydał pod koniec roku nowy album. Iero wraz z innymi mieszkańcami Belleville, Mikey’im i Gerardem Wayem, wydał w roku 2001 pierwszą płytę, trzy lata później kolejną, Three Cheers for Sweet Revenge, która pokryła się platyną. Iero rozmawia z Erel Pilo z Patcha o wpływie jaki ma na niego muzyka, jego przywiązaniu do jego małej ojczyzny (Iero wciąż mieszka w New Jersey) i jak to jest być młodym, obiecującym muzykiem.

EP: Na początek, gratuluję ostatniego albumu.

FI: Dzięki.

EP: Jaka była twoja reakcja na to, jak został przyjęty album? Czy miałeś jakieś oczekiwania w związku z tym, w czasie nagrywania płyty?

FI: Wiesz, to jest szaleństwo. Możesz sobie wejść w Internet, przeczytać recenzje i inne tego typu rzeczy. Czasami coś idzie po naszej myśli, ale wiesz, to nie tak, że szukamy ich tylko dlatego, że są pochlebne, szukamy ich, bo tego oczekiwaliśmy w czasie nagrywania. Jak się przechodzi przez nagrywanie albumu szczególnie tak żmudnego i dających satysfakcję jak ten, łapiesz, przechodzisz przez to i cieszysz się z tego, co stworzyłeś, bo to przecież i tak już duży sukces. Ale koncerty na żywo to już coś innego, coś z czego bardziej się cieszysz, oczekujesz tego bardziej, ale też z większym stresem, bo gra się te piosenki wiele razy, a jak się ma coś nowego, to dzieciaki na koncertach słyszą te piosenki po raz pierwszy i to, jak one je przyjmą może być naprawdę ciężkie. Aktualnie dużo gramy na występach w rozgłośniach radiowych. To trochę jak na festiwalach, gdzie dzieciaki przechodzą, bo gra wiele zespołów. Nie są one fanami konkretnie twojego zespołu, więc nie znają wielu piosenek, ale, odpukać, na razie wychodzi niesamowicie. Kilka nowych piosenek, odnoszę wrażenie, mają w sobie to coś, dzięki czemu twoje ciało zaczyna się ruszać, a głębiej czujesz coś w stylu “Och żeby bardziej załapać tę piosenkę, muszę poznać jej tekst”. Kilka tych naszych nowych piosenek jest taka, że ma się wrażenie, że już kiedyś się je słyszało. To naprawdę świetne, bardzo mnie to cieszy.


EP: Fajnie. Zgadzam się z tym. Te piosenki brzmią na imprezowe, mają ze sobą coś wspólnego.

FI: Racja. Właśnie taki mieliśmy plan na tę płytę, wiesz? Tak wyglądałaby nasza impreza na koniec świata.

EP: Mógłbyś opowiedzieć coś więcej na temat stworzenia płyty? Mam na myśli, to, że przecież stworzyliście zupełnie inny album i zrezygnowaliście z niego, zanim stworzyliście Danger Days.

FI: Jasne, to, co się stało było naprawdę proste – postaram się to skrócić. Nagraliśmy Black Parade. Koncertowaliśmy przez jakieś dwa lata. Po tym wszystkim potrzebowaliśmy przerwy. Byliśmy wykończeni jako artyści i jako ludzie w ogóle. Wzięliśmy więc sześć- bądź ośmiomiesięczny urlop i zaczęliśmy żyć tak, jak normalni ludzie. Doszliśmy do wniosku, że uwielbiamy to robić i to nas chyba na nowo zainspirowało do ponownego tworzenia. Po tym spotkaliśmy się, nagraliśmy piosenkę do filmu Watchmen i gdy to robiliśmy, nasze bateryjki się naładowały. W sumie mogliśmy już wtedy pójść do studia, ale potrzebowaliśmy jeszcze troszkę czasu, żeby to wszystko ułożyć i znaleźć producenta. Po trzech miesiącach weszliśmy do studia. Byliśmy nadal przerażeni tym, co stworzyliśmy przy The Black Parade i stało się to dla nas ogromnym wyzwaniem. Więc stwierdziliśmy, że nie nagramy więcej albumu w tym stylu. Wszystko, tylko nie to. Nie będzie żadnego konceptu, żadnych postaci, żadnych historyjek. I idąc za tym, co zarządziliśmy, już zdefiniowaliśmy album zanim on tak naprawdę powstał. Napisaliśmy piosenki. Napisaliśmy jakieś trzydzieści zupełnie nieudanych piosenek. Zakreśliliśmy sobie te bariery, myśleliśmy chyba, że inspiracja przyjdzie znikąd i album sam się nagra, ale odrzucając wszystkie pomysły, całkiem byśmy je zmarnowali, a to nie był zbyt dobry pomysł. Nie możesz być przecież zamknięty jako artysta. Musisz być otwarty na inspiracje. I tak właśnie było za każdym razem, gdy nagrywaliśmy płytę – nagrywaliśmy ją tak, jak czuliśmy. Na końcu pisania piosenek, mieliśmy dwadzieścia kilka piosenek i nie czuliśmy się z tym dobrze. Nie czuliśmy, że to kolejny etap, bo nic się nie zmieniło. Musieliśmy coś wymyśleć i to wszystko poprawić, bo to nie było coś, co chcieliśmy wydać. Nie czuliśmy się z tym albumem dobrze.

EP: Mieliście przez chwilę wrażenie, że w ogóle nie wydacie nowej płyty?

FI: Tak. Jasne, że tak. To było dziwne. Nie było tak, że czuliśmy się nieszczęśliwi, ale to wszyscy wokół byli podekscytowani. Ale nie wiem, czy wszyscy cieszyli się płytą, bo była dobra czy tylko dlatego, że w końcu coś wydajemy. To było nawet dobre, w pewien sposób. I czuliśmy coś w rodzaju “OK., jest wystarczająco dobre, ale nie znowu takie zajebiste i jeśli to puścimy w eter, to czy będziemy czuli się spełnieni?”. To było ważne pytanie. Nie powinniśmy tego wydawać?  To było pytanie, które omawialiśmy w środku nocy dzwoniąc do siebie, zadając pytania “Nie wiem. Powinniśmy to zrobić? Po prostu nie wiem”. Pod koniec, gdy znów słuchaliśmy płyty, mieliśmy kilka pomysłów na kolejne piosenki, które chcieliśmy napisać i nie chcieliśmy ot tak kończyć tego procesu tworzenia. Nigdy nie chcesz kończyć nagrania, zawsze masz wrażenie, że mogłeś napisać coś więcej. Zdecydowaliśmy się więc znaleźć studio, które byłoby otwarte i nasz kumpel z wytwórni skontaktował się z Robem Cavallo, z którym nagraliśmy ostatnią płytę i nie był akurat zajęty, co bardzo nam pasowało. Powiedział „Czemu nie wpadniecie? Nagramy kilka piosenek. O, tak po prostu, zobaczymy co z tego będzie”. Właśnie dlatego nie myśleliśmy o tym jak o piosenkach na płytę, bo album był już przecież nagrany tak na sucho. Wiesz, siedzieliśmy tam bez żadnych przeszkód i nie myśleliśmy o tym, czy coś możemy, a czego z kolei nie, co wrzucić na płytkę, a jaką piosenkę odrzucić. Po prostu pisaliśmy. Tak napisaliśmy Na Na Na, Vampire Money, Planetary Go i Sing. Mieliśmy więc cztery piosenki i wtedy poczuliśmy, że to jest to. To jest ten album. To jest ten album, który chcemy wydać. To nasz kolejny etap. Więc rzuciliśmy wszystko i zaczęliśmy od nowa, znów zaczęliśmy pisać, zebraliśmy trochę pomysłów i melodii z tego niewydanego albumu. Te piosenki ewoluowały w nowe bądź w kompletowaliśmy je w te nowopowstałe.

EP: Więc naprawdę nagraliście album zanim powstało Danger Days.

FI: No, tak. Dlatego nie było to takie zniechęcające zadanie. Spędzasz rok w studiu i wtedy ktoś stwierdza „OK., wywal to wszystko, nagrywamy od nowa”, ale wcale nie jest ci z tego powodu smutno. Myślę, że to dzięki tym czterem pierwszym piosenkom mieliśmy tyle energii na stworzenie tego albumu.

EP: Super. Teraz rzucę pytaniami z innej beczki, bo chcę trochę pogadać o New Jersey.

FI: Okay.

EP: Wciąż mieszkasz w New Jersey, prawda?

FI: Dokładnie.

EP: Ale reszta zespołu żyje w LA, tak?

FI: Tak, to znaczy większość zespołu. Gerard i Mikey tam mieszkają, Ray za to jest jak satelita, trochę sobie krąży, ale w większości stacjonuje w Los Angeles. Myślę, że pogoda ich tam ciągnie.

EP: Czemu zdecydowałeś się pozostać w NJ? To dlatego, że mieszka tam twoja rodzina, czy to coś innego, co cię pociąga w New Jersey?

FI: Wszystko. New Jersey to ogromna część mnie. Tam dorastałem, moja rodzina tam mieszka. Teraz ja wychowuję tam dzieci. Sam nie wiem, chyba wszystko się na to złożyło. Wiesz, nienawidzę zimy, rozumiesz? Ale kocham New Jersey. Czasem chciałbym, żeby nie było tam takich korków, ale mogę to znieść. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek znalazł lepsze miejsce do życia niż New Jersey. To część mnie.

EP: Więc czujesz, że to twój dom? Dużo zwiedziłeś, spędziłeś dużo czasu w Los Angeles…

FI: Tak, rozumiem, ale o to chodzi. Podróżujesz, widzisz pełno nowych miejsc i porównujesz je do swojego domu. Najlepsza rzecz, która podoba mi się w New Jersey to, to, że nieważne jest w którym kierunku pójdziesz, gdybyś spacerował godzinę, znalazłbyś farmę, miasto, plażę i góry. Tu jest wszystko. Jest pełno rzeczy, które znajduję w nowym miejscu i są one super przez chwilę, ale potem chcę już wracać do domu. Dlatego czujemy się spokrewnieni z niektórymi miejscami. Jak byłem w Tokio, kochamy być w Tokio swoją drogą, bo to tak jakby wielki sklep, a New Jersey jest wręcz otoczone sklepami, więc w każdym miejscu w trasie czujemy tęsknotę za domem. Zawsze dlatego też jeździmy do sklepów, gdy jesteśmy na trasie. Znajdujemy w mieście dom handlowy i idziemy tam, zupełnie jak do Walmarta albo czegoś takiego. Coś takiego przypomina nam o domu, bardzo to lubimy.

EP: To zabawne. Mógłbyś opowiedzieć o tej punkowej scenie New Jersey, której byłeś  częścią. Zacząłeś grać, gdy byłeś bardzo młody. Zastanawiam się ile miałeś lat jak zacząłeś się tym interesować.

FI: Okay. Mój dziadek i ojciec są perkusistami – wciąż grają i grali w zespołach, grali  w każdy weekend. Byłem otoczony muzyką jako mały dzieciach i zawsze chciałem występować. Dziadek i tata opowiadali mi o występach, w których brali udział w czasie, gdy jedliśmy kolację. Mógłbyś im podać kalendarzyk, a oni bez problemu powiedzieliby ci gdzie i kiedy grali. To zawsze mnie intrygowało – takie zarabianie na życie, nocne życie, scena muzyczna, ich miłość do muzyki, to zawsze we mnie tkwiło. Mój ojciec grał bluesa i lubił funk bluesowy, napisany przez ludzi w piwnicach. Dla mnie to był taki punk rock mojego ojca i gdy poszedłem do liceum, poznałem kilku gości, którzy uwielbiali punk rock. Nagrali mi kasety takich zespołów jak Black Flag czy Dominick Souls, ale zawsze zatrzymywałem się nad dłużej przy czymś z New Jersey i hardcore’u Nowego Jorku, bo to były zespoły, które mogłem pójść zobaczyć, usłyszeć na żywo, takie, których częścią sam mogłem być i przy których mogłem dorastać na koncertach w Pipeline czy Suit 1, chodzić na koncerty undergroundowe w New Brunswick. Jeśli ktoś miał auto, mogło się zebrać w kilka osób i pojechać, ale większość występów odbywała się w halach VFW. Harrison i Kearny też mieli sporo występów i mogliśmy tam łazić, do Wayne Firehouse. Grano tam pełno koncertów i widziałem ich multum, co tydzień były moje ulubione zespoły. Widziałem Jimmy Eat World, At the Drive-In, Alkaine Trio, wszystkie w jednym tygodniu. Wiedziałem, ze muszę stać się częścią muzyki. Zacząłem grać w pierwszym zespole mając jedenaście lat. Grałem tam na bębnach. Później też grywałem w zespołach – nieważne na czym. Mało mnie to obchodziło, po prostu chciałem tworzyć z kimś muzykę. Dawałem koncerty z grupą zwaną Sector 12. Graliśmy też trochę poza New Jersey. Graliśmy w Connecticut i okolicy, a później założyłem zespół Pencey Prep, który stworzyliśmy z Midwest, mieliśmy trasy i w ogóle. Nagraliśmy płytkę i gdy zespół się rozpadł, przeszedłem do My Chemical Romance. To było dziwne. Znałem Mikey’ego i Gerarda przelotnie. Mieszkaliśmy dość daleko od siebie. Wychowałem się przy stacja Mobile, ona była na Franklin i Joralemon, siedziałem głównie w Belleville na granicy z Nutley, za to Gerard i Mikey mieszkali blisko Silver Lake. Nigdy nie spotkaliśmy się w liceum, bo ja poszedłem do Queen of Peace, a oni do Belleville High School. Poznaliśmy się dopiero później, ich kumpel był gościem, który otworzył wytwórnię, w której nagrałem z Pencey Prep płytkę, wytwórnia zwała się Eyeball Records. Znajdowała się ona w Kearny. Spotkałem Wayów na kilku imprezach i powiedzieli, że chcą założyć zespół i będą ćwiczyć w Passaic Park niedaleko Loop Lounge i wzięliśmy ze sobą kilka rzeczy. Dzieliliśmy się czynszem i jak miało szykować się jakieś show, mieli nam mówić, my mieliśmy do nich dołączać i myślę, że zagrałem z nimi jakieś 11 koncertów. Gdy Pencey Prep się rozpadło, dołączyłem do My Chem i grałem z nimi od tamtej pory cały czas.

EP: A reszta już znamy.
FI: Dokładnie.

EP: Jedno z ostatnich pytań. Grasz w Leathermouth i w sumie w wielu innych zespołach. Jesteś z nimi związany, czy to taki przerywnik, gdy szykujesz się do trasy?

FI: Tak, wiesz, kocham muzykę i uwielbiam ją tworzyć. Moim priorytetem jest My Chem. Pisanie piosenek z tymi facetami i granie z nimi jest najlepszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić. Poważnie, byłem w wielu zespołach, w których przewinęło się pełno ludzi, ale MCR jest jak rodzina, naprawdę. Nie ma tutaj egoistów, nie ma nic takiego. Jest tylko zabawa. Jak nie jesteśmy w trasie ani nic nie nagrywamy, wciąż chcę coś robić, a zawsze uważałem, że to fajna sprawa, grać w zespole i tworzyć. Są trzy albo cztery zespoły, z którymi pracuję, gdy mam wolne. Teraz mam trochę mniej czasu, bo mnie i mojej żonie urodziły się bliźniaczki. Leathermouth wydało płytę rok temu i trochę koncertowaliśmy. Miałem problemy z powodu jednej z piosenek, którą nagraliśmy i musiałem przestać koncertować, ale myślę, że nagramy na pewno coś jeszcze. Chociażby dlatego, że James Dewees, który gra na klawiszach w My Chem, gra także na perkusji w Leathermouth. Więc pewnie będziemy pracować nad czymś nowym dla Leathermouth podczas trasy MCR. Te zespoły, z którymi współpracuję, mają wolne, gdy ja jeżdżę z My Chem w trasy.

EP: OK., dzięki jeszcze raz, Frank. Teraz przygotowujecie się do trasy, teraz to was czeka?

FI: Tak ogólnie rzecz biorąc, to jesteśmy właśnie na trasie. Jesteśmy w San Jose. W przyszłym roku [tj. 2011, wywiad powstał w 2010] jedziemy do Japonii i Europy. Do Stanów wracamy jakoś w marcu bądź kwietniu, a w maju gramy w Jersey, w Starland Ballrom. Jestem już nastawiony na trasę.

(tłum. Sharp, dla mychemicalromance.com.pl)