Wywiad z Mikey’im w The Aquarian

Wywiad z Mikey’im Wayem z My Chemical Romance: Ufaj temu, co czujesz.

Kiedy coś w środku mówi ci „zniszcz album, który nagrałeś i zacznij od początku”, posłuchaj tego. Tak właśnie panowie z MCR zdecydowali się stworzyć album Danger  Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys, czwarty studyjny album nagrany po świetnej płycie Black Parade.

Po wyczerpującej, trwającej dwa lata trasie Black Parade, My Chemical Romance zrozumiało, że to, czego im brakuje to kolorów. Dlatego frontman Gerard Way, jego brat Mikey grający na basie, gitarzyści Frank i Ray zdecydowali się odrzucić album, który nagrali z producentem Brendanem O’Brienem i pobiec za swoim instynktem. Nie byli tym, czym kiedyś było My Chemical Romance. I dotrwali do tego, czym My Chemical Romance się stało. Zatrudnili producenta Black Parade Roba Cavallo i tygodnie później nagrali album.

Basista MCR, Mikey Way, wyjaśni czy przeczucie, które poczuli, się opłaciło.

Jaka jest największa różnica między My Chem z czasów Black Parade a My Chem z okresu Danger Days?

Myślę, że obecnie mniej się boimy, mniej niż kiedyś. Mam też wrażenie, że jest to album, który jest najbardziej szczery. Wcześniejsze płyty pokazywały jedną, może dwie, strony naszego zespołu. Każdy album różni się od kolejnego, a my szukaliśmy odpowiedniej drogi i szukaliśmy tego, jak powinniśmy brzmieć. Teraz chyba najbardziej lubimy My Chemical Romance, bo to rodzaj zespołu, który długo przetrwa. Czujemy się wyzwoleni, nic nas nie powstrzymuje.

Zespół zmienił swoją drogę podczas nagrywania Danger Days. Kiedy zdaliście sobie sprawę, że tworzycie coś zupełnie innego niż zaplanowaliście?

Kiedy skończyliśmy trasę Black Parade byliśmy naprawdę skonani, osiągnęliśmy sukces i to wszystko, ale było w tym też kilka rzeczy, które naprawdę nam się nie podobały. Były to rzeczy, które chcieliśmy zmienić. Dlatego musieliśmy odnaleźć w tym wszystkim siebie. Kiedy zaczęliśmy pisać nowy album, powiedzieliśmy sobie „Będzie ostro, żadnych koncepcji, żadnych przebieranek. Po prostu rock’n’rollowy album. Szybko go nagramy, raz-dwa i po sprawie.”. Wynik wcale nas jednak nie zadowolił, całość brzmiała jakby po prostu nam coś zginęło i nie mogliśmy tego odnaleźć. Album był już całkowicie gotowy, zrobiliśmy sesje zdjęciowe, byliśmy umówieni na kilka występów, radia nas zapraszały, żebyśmy grali piosenki i w ostatniej godzinie stwierdziliśmy, że to nie jest to, czego oczekiwaliśmy.

Musieliście poczuć ogromną wiarę w siebie, gdy wszystko to się sprawdziło.

Tak, szliśmy za tym, co naprawdę czuliśmy. Mam wrażenie, że szliśmy za prawdą. Trzymaliśmy się mantry przez całe nagrywanie, więc wiedzieliśmy co czujemy do niektórych spraw. Podążanie za swoimi przeczuciami stało się dla nas naprawdę czymś ważnym.

Twój brat nazwał tę płytę “Wielkim projektem pop-artu”. Z bohaterami jak Dr. Death Defying i postapokaliptystycznym światem, który stworzyliście, wszystko ze sobą współgra, ale nie uważacie tego za album z konceptem. Możesz to wyjaśnić?

Jasne, to właśnie coś takiego, ogromny projekt pop art. Sprzedawanie tego jako albumu trochę umniejsza się jego znaczenie. Tam jest tyle różnych aspektów i warstw… Naprawdę chcieliśmy użyć sztuki jako broni, użyć muzyki pop jako broni. Chcieliśmy pokazać siebie tak, jak nigdy wcześniej i zniszczyć ten obraz konwencji piosenek My Chemical Romance. To nie tylko gitara, perkusja, bas i wokal. Tam jest tego wszystkiego o wiele więcej. Chcieliśmy stworzyć piosenki, o których zawsze marzyliśmy. To jakbyśmy odnaleźli znów My Chemical Romance. Tą nową płytą wyszliśmy z worka, do którego nas wsadzili po Black Parade.

To było zabawne zobaczyć Granta Morissona w teledyskach Na Na Na i Sing, grającego czarny charakter.

Fakt, że mogliśmy z nim pracować był super. Jest jednym z naszych najlepszych przyjaciół i chcieliśmy zrobić coś razem. Gdy album był już prawie gotowy, stwierdziliśmy, że Grant musi być największym łajdakiem.  Znaczy, Grant jest kochany, ale jak się na niego spojrzy, on ma w sobie to coś, co sprawia, że wygląda jakby był sukinsynem, największym wrogiem Bonda. Grant jest bardzo dobrym człowiekiem, takim misiaczkiem w środku, ale jego wizerunek pokazuje coś zupełnie innego.

Pisze świetnie. Jaki jest twój ulubiony komiks [Granta Morrisona]?

Och, a twój?

Lubię We3 I Arkham Asylum, ale chcę przeczytać ich więcej.

Arkham Asylum chyba jest jednym z tych ulubionych. Uwielbiam wszystkie prace Granta, które zrobił ostatnio z Batmanem. Kocham All-Star Superman, The Justice League był chyba najlepszym komiksem o superbohaterach, który czytałem w życiu. The Invibles. The Dune Patrol wydane w latach ’90. Wszystkiego czego dotknie się Grant jest nieziemskie. Zmienił komiksy tak samo jak Beatlesi zmienili muzykę.

Jest na płycie jakaś piosenka, która jest dla ciebie szczególnie ważna?

Tak, naszą ogólnie ulubioną piosenką jest Kids from Yesterday. Dla mnie ta piosenka jest jak wehikuł czasu. Słuchasz jej i myślisz o dorastaniu, o czasach, gdy byłeś dzieckiem. Później przypominasz sobie lata, w których byłeś nastolatkiem. A następnie dochodzisz do myśli, gdzie jesteś teraz i do czego zmierzasz. Ta piosenka jest w stylu tego filmu It’s a Wonderful Life. Czuję taką podróż, gdy słucham tej piosenki. Jest trochę przygnębiająca i autokrytyczna i ma w sobie naprawdę świetny refren, jeden z najlepszych jaki słyszałem w rockowych piosenkach. Druga moją ulubioną piosenką jest S/C/A/R/E/C/R/O/W .

To coś dla was zupełnie innego.

Tak, wiem, to pokazuje naszą wstrząsającą zmianę.  Każdy z nas lubi inny rodzaj muzyki, a ten jest jednym z tych wspólnych. Uwielbiamy rzeczy w tym stylu. A stworzenie czegoś takiego jest dla nas ogromnym zwycięstwem.

Która piosenka będzie tą ulubioną do grania na żywo?

O matko, czekaj. Właśnie skończyliśmy trasę po Europie i graliśmy cztery nowe piosenki. Zmienialiśmy je, ale wszystkie były świetne. Planetary (Go!) pokazało zupełnie coś innego, poderwało tłum. Zareagowali na Planetary podobnie jak na I’m Not Okay. To była natychmiastowa ekslpozja, wyglądali dosłownie jak lawina. Razem pogowali. W środku piosenki już znali tekst. To było coś zajebistego.

Sing to również szczególna piosenka. Ma w sobie sentyment, który zawsze chcieliśmy przekazać, wiesz, w kogoś lepszego możesz zmienić się każdego dnia. I po prostu trzeba stać się pozytywną zmianą w swoim świecie, albo w czyimś. W tym jest magia. W tym, jak to rośnie z dnia na dzień, warstwa po warstwie. Wszyscy powinni dać coś od siebie. Z tych dwóch piosenek jestem najbardziej dumny.

Wywiad przeprowadziła Tina Whelski.

(tłum. Sharp, dla mychemicalromance.com.pl)