Wywiad z Rayem dla The Examiner

Amerykański zespół rockowy My Chemical Romance wydał swój czwarty krążek studyjny, Danger Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys w październiku 2010 roku, który jest kolejną płytą po ich płycie z 2006 The Black Parade. W ciągu tych czterech lat zespół MCR, który był w trasie przez dwa i pół roku, zrobił sobie długą przerwę od wszystkiego co związanego z muzyką, nagrał i odrzucił jedną płytę, a ponad to, pożegnał się z perkusistą, Bobem Bryarem.

W tym ekskluzywnym wywiadzie, główny gitarzysta zespołu, Ray Toro, opowie nam jak bardzo media zmieniły się od wydania w roku 2006 płyty The Black Parade, o setliście The World Contamination Tour, o tym jak ważne jest stworzenie solidnego albumu bez odrzutów i o swojej opinii o tekstach wokalisty My Chem, Gerarda Waya i wielu innych sprawach.

Większość teledysków My Chemical Romance jest opisem pewnej historii, natomiast teledysk Planetary (GO!) jest całkowicie bazowany na występie na żywo. Dlaczego w przypadku Planetary (GO!) zdecydowaliście się pójść inną ścieżką?
Z kilku powodów, po pierwsze byliśmy pod presją czasu. Za późno zorientowaliśmy się, że potrzebujemy kolejnego singla w USA i w Europie. Byliśmy w trasie, ale nadal potrzebowaliśmy teledysku, który by wspomógł jej promocję, który sprawiłby, abyśmy na jakiś czas byli wersją limitowaną. Musieliśmy szybko się uwijać ze zmontowaniem teledysku. Kolejną przyczyną, z powodu której jestem bardzo zadowolony, że to wypaliło, jest to, że nigdy czegoś takiego nie zrobiliśmy. Jedynym teledyskiem, który opiera się na występie na żywo jest ‘Desolation Row’, ale też nie całkiem, bo i tam gramy różne postacie. Ten teledysk został nagrany jakby w świecie Strażników (The Watchmen – amerykański komiks si-fi). Tak, jest to występ na żywo, ale zostały do niego dodane specjalne efekty, aby teledysk wyglądał tak, jak chcieliśmy. A w Planetary (GO!) są nasze dzieciaki. Zamieściliśmy w Internecie informację, że damy występ, za opłatą, nie wiem, pięciu dolarów, zagramy pół godziny, a potem nakręcimy teledysk. Dostaniecie szansę zobaczyć nas i naszych fanów w całkiem innym świetle. Fani zachowywali się tak, jakby to był jeden z wielu naszych koncertów. Oni naprawdę mieli wielki wpływ na tworzenie nowych nagrań, na motyw przewodni (Art is the Weapon) i na cały świat Killjoysów. Specjalnie powiedzieliśmy im, aby założyli swoje killjoysowe przebrania, ale oni przychodzą ubrani w ten sposób na każdy koncert, co jest naprawdę świetne. Ten teledysk świetnie pokazuje, jak wyglądają koncerty My Chem w tym momencie. To naprawdę wspaniałe miejsce, pełne pozytywnych emocji, do którego schodzą się ludzie, aby się dobrze bawić. Uważam, że to ważne, żeby ludzie to zobaczyli.
Pomiędzy wydaniem The Black Parade a Danger Days był dość długi okres czasu, czy przez ten czas zmienił się proces wyboru singli?
Wydaliśmy SING, ponieważ ta piosenka bardzo różniła się od tego, co robiliśmy dotychczas. Myślę, że to ważne, aby zrobić kolejny krok naprzód i pokazać ludziom, że zespół jest w stanie dokonać o wiele więcej, niż to, co się im wydaje; że zespół się rozwinął. Słowa SING są bardzo ważne, szczególnie w odniesieniu do tego, czego obecnie doświadczamy. SING w pewnym sensie stało się niemal wyswabadzającym okrzykiem. To wielce inspirująca piosenka. Jeśli się wsłuchać w słowa, można dostrzec tam opis wszystkiego tego, co dzieje się obecnie w Egipcie i Libii. Przyznaję, że takie rzeczy się działy, ale SING zostało napisane zanim jakiekolwiek z tych zdarzeń zostało nagłośnione w mediach. To jest naprawdę dziwne, kiedy o tym myślę, bo ta piosenka została napisana w ubiegłym roku, a wiele z tego, o czym opowiada właśnie się ziszcza – ludzie, korzystający ze swoich głosów do wypowiadania się przeciwko korupcji lub ludzie pragnący zmian. Wydanie tego singla dość wcześnie było dla nas ważne, ponieważ chcieliśmy udowodnić światu na co nas stać, ale również chcieliśmy pokazać, że teraz jesteśmy innym zespołem. Z każdą nową płytą chcemy zmieniać nasz styl, i sposób pisania utworów. Za każdym razem jest inaczej, co zaciekawia zarówno nas, jak i fanów.
Od czasu wydania The Black Parade media bardzo się zmieniły pod względem oddziaływań pomiędzy zespołem a fanami, a Twitter i Facebook są teraz znacznie częściej używane niż MySpace. Czy to jest coś, do czego przyzwyczajaliście się przez te lata, czy zaczęliście zwracać uwagę na nie dopiero przed wydaniem Danger Days?
Zespół od samego początku używał Internetu. Kiedy zaczynaliśmy, jakoś w 2001 roku, staraliśmy się zebrać wszystko do kupy i umieścić na stronie internetowej. Nauczyłem się jak tworzyć strony internetowe poprzez piracki program o nazwie Dreamweaver, którego użyłem do zmontowania naszej pierwszej strony. Wykupiłem w Internecie domenę nazwy My Chemical Romance, szybko stworzyłem stronę i wstawiłem na nią linki do bezpłatnych pobrań. Internet od samego początku był dla nas ważny, a technika posuwa się na przód bardzo szybko. Oczywiście, Internet służy do publikacji różnych rzeczy, do których każdy ma wolny dostęp, ale szybkość, z jaką słowa są przekazywane dalej jest zdumiewająca. Pisanie postów na swojej tablicy na Facebooku, którą wszyscy twoi znajomi mogą zobaczyć, a potem znajomi znajomych – to jest dla mnie jak niepowstrzymany łańcuszek. Fajnie jest móc wykorzystać tę opcję ale nie można z tym przesadzić. To co mnie wkurza najbardziej w Twitterze to to, że niektóre zespoły i gwiazdy używają go jako zestawu ratunkowego. Nie pracują nad niczym nowym, nie kręcą filmów, nie tworzą, nie nagrywają nowych kawałków, używają Twittera tylko po to, aby zatrzymać przy sobie fanów. Musisz korzystać z niego mądrze i nie przesadzać z nim. Powinno się go używać wtedy, kiedy się chce, a nie wtedy kiedy się musi. Zarówno Facebook, jak i Twitter są teraz super ważnymi aplikacjami, i jeśli je lekceważysz, jesteś idiotą.
Co sądzisz o nachalnych fanach, wymagających od członków zespołu, aby byli dla nich bardziej dostępni?
Sądzę, że niektórzy ludzie wymagają tego, bo to jest coś do czego się przyzwyczaili. Sądzę, że to właśnie jest problemem, że ludzie mają za duży dostęp do innych. Jest zdecydowanie mniej tajemniczości. Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje bardzo cienka granica, ale ja na przykład lubię mieć bezpośredni kontakt z fanami, to jest dla mnie ważne. Ale nie sądzę, że mam obowiązek działać jak w zegarku. Niektórzy ludzie tak właśnie robią i to mnie odpycha. Niektórzy fani faktycznie myślą, że to jest naszym obowiązkiem, cóż, robimy to kiedy mamy na to ochotę a, nie chcemy żeby to stało się naszą pracą. A to wiadomość do tych fanów – naprawdę nie chcecie, żebyśmy pisali kiedy czujemy że musimy, wtedy jakieś gówno zostanie powiedziane. Wejdziemy na Twittera i wyrazimy nasze odczucia wtedy, kiedy będziemy gotowi.

W jaki sposób powstała nazwa World Contamination Tour?
Zaczęło się wiosną, kiedy powstała idea Art is the Weapon, i pomysł, aby używać kreatywności do walki. Na okładce płyty widnieje pająk, on jest także symbolem Killjoysów. Nawiązuje on także do skażenia świata.

Czy mógłbyś przywołać nazwę ulubionej trasy koncertowej, na której byłeś?
The World Contamination Tour jest naprawdę niesamowita. Czasem jak jestem w trasie, zapominam nawet, że ma ona jakąś nazwę. Tę trasę zaczęliśmy od Japonii. Zaczęliśmy koncertować dwa miesiące temu, byliśmy w trasie przez dwa miesiące i dopiero co wróciliśmy do Los Angeles. To niepojęte przez co w czasie tych dwóch miesięcy przeszła Japonia, to po prostu niewyobrażalne. Ta trasa jest podróżą po całym świecie, zaczęliśmy w Japonii, potem przyszła kolej na Wielką Brytanię, a potem na całą Europę. To ciekawe doświadczenie widzieć upowszechnienie naszych nagrań. Dzieciaki, bazując na stylu przedstawionym na płycie, tworzą swój własny. To właśnie lubię najbardziej. Dzieciaki robią to po swojemu i to jest bardzo ważną informacją, płynącą poprzez tę płytę. Niektóre dzieciaki przychodzą na koncerty ubrane tak, jak my na teledyskach, a inne przynoszą własnoręcznie zrobione dzieła sztuki, dające upust ich kreatywności. Kochamy to, i to właśnie jest to, o czym jest ta płyta. Fani przenoszą tę płytę na inny poziom, i jestem bardzo podekscytowany tym, co zobaczę na koncertach w USA, ponieważ jak dotąd nie zagraliśmy tu jeszcze ani jednego koncertu. Cóż, w sumie wystąpiliśmy w kilku audycjach radiowych, ale to było tuż po tym, jak zostało Danger Days, a dla mnie audycje radiowe się nie liczą, bo to nie są tak naprawdę nasze występy. To prawda, wiele naszych dzieciaków przychodzi tam wtedy, ale jest również wiele przypadkowych, losowo wybranych słuchaczy. Zdecydowanie lepiej jest być w miejscu, które jest wypełnione tylko naszymi dzieciakami, i dawać całkowicie nasz koncert, nikogo innego. Tak właśnie lubimy występować.
Od ostatniej poważnej trasy My Chemical Romance w 2007 roku, upłynęło sporo czasu. Czy powracając z The World Contamination Tour pod koniec 2011 roku zauważyliście jakieś zmiany pomiędzy koncertami z przeszłości a teraźniejszymi?
Tak naprawdę nie zauważyliśmy żadnych różnic. Jedziemy w trasę i stajemy się nostalgiczni. Gdziekolwiek byśmy nie grali, mamy mnóstwo wspomnień z poprzednich występów. Powracamy do dawnych miejsc i gramy nowe koncerty, które również zatrzymujemy we wspomnieniach. Pod względem ludzi, którzy przychodzą na koncerty, tłum jest zdecydowanie bardziej zróżnicowany, co jest bardzo ekscytujące. Zauważyliśmy ogromny napływ nowych fanów. Na koncertach widzimy niezwykłe połączenie dawnych i nowych fanów. Sądzę, że zespół zaczyna być bardziej akceptowany w obrębie rodziny. Widzisz rodziców przychodzących na koncerty razem ze swoimi dziećmi, braćmi, siostrami. Ta jedyna rzecz jest inna w porównaniu do tego, od czego zaczynaliśmy.

Amerykańska część trasy The World Contamination Tour zaczyna się już za parę dni. Czy jest jakiś sposób, abyście przygotowali się zarówno psychicznie, jak i fizycznie do tak wyczerpującej trasy?
Po prostu trzeba się z tym pogodzić. Na szczęście, trasa jest tak zaplanowana, że gramy trzy tygodnie a potem mamy tydzień wolnego. Ta część trasy, którą mamy za sobą była wyjątkowo trudna, ponieważ graliśmy w Japonii, a od dawna nie mieliśmy tak intensywnej trasy, no i byliśmy za granicą. Oprócz tego Frank dopiero co został ojcem, a Gerard po raz pierwszy zostawił żonę i dziecko w domu. Z pewnością ciężko było im się przestawić. Szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia, jak im się to udało. Kiedy jesteś za granicą jest o wiele trudniej porozumiewać się, rozmawiać przez telefon, przez Skype’a. To wygląda tak, jakbyś połowę dnia tracił na znalezienie dobrze odbierającej sieci, aby wykonać video call. Ludzie stoją po kątach, bo jedynie tam jako tako odbiera sygnał WiFi. Ale też wystarcza tylko, aby napisać wiadomość.
Technologia poszła zdecydowanie do przodu od czasu waszej ostatniej trasy w 2007. Czy wtedy również wykonywaliście video calls?
Tak przez iPhone’a 4 i FaceTime, to było niesamowite. Dzięki Bogu Steve Jobs przyniósł nam je wtedy, a były naprawdę zajebiste. Działały bardzo dobrze, były świetne. Można powiedzieć, że prowadziliśmy video calls, mimo iż było to bardzo trudne w obsłudze i obraz nie był wyraźny. Tak, to była ogromna zmiana. Kiedyś rozmawialiśmy przez Skype’a, ale mieć go w swoim telefonie to całkowity odjazd.
Czy setlista na The World Contamination Tour jest bazowana głównie na utworach z Danger Days, czy jest to mieszanką utworów ze wszystkich płyt?
Na trasie jest zdecydowanie więcej utworów z Danger Days. Jesteśmy bardzo podekscytowani tym, że będziemy grać te utwory, ponieważ niektórzy ludzie jeszcze ich nie słyszeli. Tak, tu chodzi zdecydowanie o Danger Days, ale oprócz tego zagramy świetną mieszankę utworów z The Black Parade i piosenki z Revenge, których od dawna nie graliśmy. Mamy w zanadrzu również, wygrzebane z piwnicy kawałki z Bullets, które są naprawdę świetne. Nie mam bladego pojęcia, skąd wziął się nam pomysł, żeby grać trzecią albo drugą piosenkę, jaką kiedykolwiek napisaliśmy, i która była pierwszą piosenką, którą nagraliśmy w studiu. Nazywa się Vampires Will Never Hurt You. Ten utwór jest jednym z ulubionych utworów największych fanów My Chemical Romance, i jeśli jesteś wielkim fanem, to na pewno wiesz, że ten utwór jest tak naprawdę pierwszym zaprezentowaniem się światu jako zespół. Powstała ona wtedy, kiedy byliśmy trochę bardziej mroczni. Zagraliśmy po raz pierwszy od tak dawna tę piosenkę, nawet nie pamiętam, w którym z miast, i zbiliśmy naszych fanów całkiem z tropu. Graliśmy tę piosenkę co wieczór, w zależności od tego, jak dobrze szedł nam koncert. Jeśli było świetnie, to graliśmy ją. Kolejną niesamowitą rzeczą jest to w jaki sposób zderzają się ze sobą kawałki z różnych płyt, jak pokazują inne w całkiem innym świetle. Tu zdecydowanie chodzi o dobrą zabawę.
Podczas układania set listy czy pogrupowaliście piosenki na podstawie albumu, czy mieszaliście je ze sobą?
Mieszaliśmy je ze sobą. Na trasie koncertowej The Black Parade dzień w dzień graliśmy jeden ustalony ciąg utworów od początku do końca. To było w pewnym sensie fajne, bo występując na żywo, miałeś wrażenie, że jedziesz samochodem i po prostu przesłuchujesz płytę od początku do końca. Pewnie niewiele ludzi tak robi. Mam nadzieję, że ludzie nadal słuchają płyty. Złączyliśmy wszystkie utwory w pewną całość, nawet ustaliliśmy ile sekund ciszy będzie pomiędzy kawałkami. Siedząc tak i słuchając płyty, każda milisekunda przybliża cię do następnego utworu, który jest w pewnym sensie kontynuacją poprzedniego. Mamy nadzieję, że dzieciaki tego doświadczą w równym stopniu jak my.
My Chemical Romance na każdej z płyt tworzy pewnego rodzaju łańcuch, którego można słuchać od początku do końca bez pomijania jakiejkolwiek piosenki.
Musisz to masz. Single są szalenie ważne, ja osobiście sądzę, że single są w pewnym sensie reklamą zespołu. Single to utwory, które większość ludzi wybiera ze względu na specyficzny styl. Single mają za zadanie wpaść w ucho i sprawić, aby zadowalały dużą ilość osób. Słyszysz singiel lub dwa, które sprawiają, że masz ochotę kupić płytę, a większość fanów dobrej muzyki powie po przesłuchaniu płyty, że reszta utworów spodobała im się bardziej niż single. Tu zawsze chodzi o stałe zagłębianie się w muzyką. Jestem naprawdę dumny z nas, że to robimy, i że na naszym albumie nie ma gorszej piosenki. Nie wrzucamy na płytę wyrzutków, my, kurwa, nie możemy tego zrobić. Wiem, że istnieją zespoły i ludzie, którzy tak robią i to jest do dupy. To jest to, co zabija płytę. Dużo osób mówi, że to przez ściąganie pojedynczych utworów, kupowanie ich na iTunes za 99 centów, co gra pewną rolę, ale faktem jest, że ludzie mają dość płacenia od dziesięciu do piętnastu dolarów za trzy utwory. I to jest problemem. Był czas w muzyce, z dużą ilością chujowych zespołów, i mnóstwem rockowych artystów, którzy wydawali ogromne ilości gównianych utworów i zniszczyli to. To oni wszystko zjebali. Musisz być w grze przez cały czas, a jest mnóstwo ludzi, którzy tego nie robią. Oni skupiają się na trzech czy czterech singlach i wstawiają je od razu na początek płyty. To jest tak chujowo oczywiste, że reszta płyty ssie. Możesz próbować rozmawiać z nimi, ale oni i tak powiedzą, że zrobili wszystko, co było w ich mocy, ale te utwory są czystymi wyrzutkami. To właśnie jest do dupy, i to właśnie zabija muzykę. My pracujemy na takim samym poziomie bez względu na to, czy pracujemy nad singlem czy nad kolejnym utworem na płytę. Spędzamy niezliczone godziny w studiu, pracując nad każdym, pojedynczym utworem, aby mieć pewność, że wszystko jest idealne. Nie wydajemy gównianych piosenek.
Zespoły, które wydaja album na podstawie singli w końcu zostaną wyeliminowane. Wydaje mi się, że My Chemical Romance pozostało popularne, ze względu na równie wspaniałą jakość pracy, która w dalszej perspektywie może stać się wieczna.
Mam nadzieję. To z pewnością zabawne jak wyglądała scena muzyczna, gdy zaczynaliśmy pracę nad Revenge. Teraz wybór uszczuplił się, że tak to ujmę, i dzięki Bogu. To zabawne, bo nie wywodziliśmy się z najlepszej firmy, i często nie rozumieliśmy dlaczego wrzucają nas do jednego worka z pewnymi osobami, ale cóż możesz począć. Sądzę, że w rozrachunku ostatecznym prawdziwe rzeczy i tak zwyciężą.
Jaki utwór z Danger Days jest twoim ulubionym kawałkiem pod względem muzycznym i pod względem tekstu i dlaczego?
To trudne pytanie, bo mam wiele ulubionych utworów. Summertime jest świetne pod względem muzycznym, ponieważ jest o wiele lżejsze od wszystkiego, co dotychczas stworzyliśmy. Jest lekkim podmuchem wiatru. Ta piosenka nosi tytuł Summertime przede wszystkim ze względu na pewne lato, które jeden z nas przeżył, ale również można sobie to wyobrażać jako wakacyjną jazdę samochodem z opuszczonymi szybami. Ta piosenka ma doskonałe tempo i rytm. S/C/A/R/E/C/R/O/W jest w pewnym sensie naszą interpretacją wolnego wokalu Beatlesów. Gramy tam na gitarach akustycznych, mamy dziką solówkę, i dziwną aranżację, która stale rośnie i rośnie. Muzycznie mam dużo typów, więc jest mi ciężko zdecydować. Pod względem tekstu, to na pewno jest to SING. Gerard jest niesamowitym tekściarzem, i zdaje sobie sprawę z rzeczy, których, według mnie, nie jest świadomy. On jest naprawdę mądrym facetem, który, jak dla mnie, jest lata przed tym, co dzieje się w danym momencie na świecie, a świat zawsze zdaje się dogonić to, o czym on pisze. SING jest doskonałym przykładem. Pomyśl o tym, co się dzieje na świecie i przeczytaj te słowa. To niesamowite.

Wywiad przeprowadziła Natalie Kuchik.

(tłum. Schokolade dla mychemicalromance.com.pl)

Amerykańska część trasy The World Contamination Tour zaczyna się już za parę dni. Czy jest jakiś sposób, abyście przygotowali się zarówno psychicznie, jak i fizycznie do tak wyczerpującej trasy?
Po prostu trzeba się z tym pogodzić. Na szczęście, trasa jest tak zaplanowana, że gramy trzy tygodnie a potem mamy tydzień wolnego. Ta część trasy, którą mamy za sobą była wyjątkowo trudna, ponieważ graliśmy w Japonii, a od dawna nie mieliśmy tak intensywnej trasy, no i byliśmy za granicą. Oprócz tego Frank dopiero co został ojcem, a Gerard po raz pierwszy zostawił żonę i dziecko w domu. Z pewnością ciężko było im się przestawić. Szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia, jak im się to udało. Kiedy jesteś za granicą jest o wiele trudniej porozumiewać się, rozmawiać przez telefon, przez Skype’a. To wygląda tak, jakbyś połowę dnia tracił na znalezienie dobrze odbierającej sieci, aby wykonać video call. Ludzie stoją po kątach, bo jedynie tam jako tako odbiera sygnał WiFi. Ale też wystarcza tylko, aby napisać wiadomość.
Technologia poszła zdecydowanie do przodu od czasu waszej ostatniej trasy w 2007. Czy wtedy również wykonywaliście video calls?
Tak przez iPhone’a 4 i FaceTime, to było niesamowite. Dzięki Bogu Steve Jobs przyniósł nam je wtedy, a były naprawdę zajebiste. Działały bardzo dobrze, były świetne. Można powiedzieć, że prowadziliśmy video calls, mimo iż było to bardzo trudne w obsłudze i obraz nie był wyraźny. Tak, to była ogromna zmiana. Kiedyś rozmawialiśmy przez Skype’a, ale mieć go w swoim telefonie to całkowity odjazd.
Czy setlista na The World Contamination Tour jest bazowana głównie na utworach z Danger Days, czy jest to mieszanką utworów ze wszystkich płyt?
Na trasie jest zdecydowanie więcej utworów z Danger Days. Jesteśmy bardzo podekscytowani tym, że będziemy grać te utwory, ponieważ niektórzy ludzie jeszcze ich nie słyszeli. Tak, tu chodzi zdecydowanie o Danger Days, ale oprócz tego zagramy świetną mieszankę utworów z The Black Parade i piosenki z Revenge, których od dawna nie graliśmy. Mamy w zanadrzu również, wygrzebane z piwnicy kawałki z Bullets, które są naprawdę świetne. Nie mam bladego pojęcia, skąd wziął się nam pomysł, żeby grać trzecią albo drugą piosenkę, jaką kiedykolwiek napisaliśmy, i która była pierwszą piosenką, którą nagraliśmy w studiu. Nazywa się Vampires Will Never Hurt You. Ten utwór jest jednym z ulubionych utworów największych fanów My Chemical Romance, i jeśli jesteś wielkim fanem, to na pewno wiesz, że ten utwór jest tak naprawdę pierwszym zaprezentowaniem się światu jako zespół. Powstała ona wtedy, kiedy byliśmy trochę bardziej mroczni. Zagraliśmy po raz pierwszy od tak dawna tę piosenkę, nawet nie pamiętam, w którym z miast, i zbiliśmy naszych fanów całkiem z tropu. Graliśmy tę piosenkę co wieczór, w zależności od tego, jak dobrze szedł nam koncert. Jeśli było świetnie, to graliśmy ją. Kolejną niesamowitą rzeczą jest to w jaki sposób zderzają się ze sobą kawałki z różnych płyt, jak pokazują inne w całkiem innym świetle. Tu zdecydowanie chodzi o dobrą zabawę.
Podczas układania set listy czy pogrupowaliście piosenki na podstawie albumu, czy mieszaliście je ze sobą?
Mieszaliśmy je ze sobą. Na trasie koncertowej The Black Parade dzień w dzień graliśmy jeden ustalony ciąg utworów od początku do końca. To było w pewnym sensie fajne, bo występując na żywo, miałeś wrażenie, że jedziesz samochodem i po prostu przesłuchujesz płytę od początku do końca. Pewnie niewiele ludzi tak robi. Mam nadzieję, że ludzie nadal słuchają płyty. Złączyliśmy wszystkie utwory w pewną całość, nawet ustaliliśmy ile sekund ciszy będzie pomiędzy kawałkami. Siedząc tak i słuchając płyty, każda milisekunda przybliża cię do następnego utworu, który jest w pewnym sensie kontynuacją poprzedniego. Mamy nadzieję, że dzieciaki tego doświadczą w równym stopniu jak my.
My Chemical Romance na każdej z płyt tworzy pewnego rodzaju łańcuch, którego można słuchać od początku do końca bez pomijania jakiejkolwiek piosenki.
Musisz to masz. Single są szalenie ważne, ja osobiście sądzę, że single są w pewnym sensie reklamą zespołu. Single to utwory, które większość ludzi wybiera ze względu na specyficzny styl. Single mają za zadanie wpaść w ucho i sprawić, aby zadowalały dużą ilość osób. Słyszysz singiel lub dwa, które sprawiają, że masz ochotę kupić płytę, a większość fanów dobrej muzyki powie po przesłuchaniu płyty, że reszta utworów spodobała im się bardziej niż single. Tu zawsze chodzi o stałe zagłębianie się w muzyką. Jestem naprawdę dumny z nas, że to robimy, i że na naszym albumie nie ma gorszej piosenki. Nie wrzucamy na płytę wyrzutków, my, kurwa, nie możemy tego zrobić. Wiem, że istnieją zespoły i ludzie, którzy tak robią i to jest do dupy. To jest to, co zabija płytę. Dużo osób mówi, że to przez ściąganie pojedynczych utworów, kupowanie ich na iTunes za 99 centów, co gra pewną rolę, ale faktem jest, że ludzie mają dość płacenia od dziesięciu do piętnastu dolarów za trzy utwory. I to jest problemem. Był czas w muzyce, z dużą ilością chujowych zespołów, i mnóstwem rockowych artystów, którzy wydawali ogromne ilości gównianych utworów i zniszczyli to. To oni wszystko zjebali. Musisz być w grze przez cały czas, a jest mnóstwo ludzi, którzy tego nie robią. Oni skupiają się na trzech czy czterech singlach i wstawiają je od razu na początek płyty. To jest tak chujowo oczywiste, że reszta płyty ssie. Możesz próbować rozmawiać z nimi, ale oni i tak powiedzą, że zrobili wszystko, co było w ich mocy, ale te utwory są czystymi wyrzutkami. To właśnie jest do dupy, i to właśnie zabija muzykę. My pracujemy na takim samym poziomie bez względu na to, czy pracujemy nad singlem czy nad kolejnym utworem na płytę. Spędzamy niezliczone godziny w studiu, pracując nad każdym, pojedynczym utworem, aby mieć pewność, że wszystko jest idealne. Nie wydajemy gównianych piosenek.
Zespoły, które wydaja album na podstawie singli w końcu zostaną wyeliminowane. Wydaje mi się, że My Chemical Romance pozostało popularne, ze względu na równie wspaniałą jakość pracy, która w dalszej perspektywie może stać się wieczna.
Mam nadzieję. To z pewnością zabawne jak wyglądała scena muzyczna, gdy zaczynaliśmy pracę nad Revenge. Teraz wybór uszczuplił się, że tak to ujmę, i dzięki Bogu. To zabawne, bo nie wywodziliśmy się z najlepszej firmy, i często nie rozumieliśmy dlaczego wrzucają nas do jednego worka z pewnymi osobami, ale cóż możesz począć. Sądzę, że w rozrachunku ostatecznym prawdziwe rzeczy i tak zwyciężą.
Jaki utwór z Danger Days jest twoim ulubionym kawałkiem pod względem muzycznym i pod względem tekstu i dlaczego?
To trudne pytanie, bo mam wiele ulubionych utworów. Summertime jest świetne pod względem muzycznym, ponieważ jest o wiele lżejsze od wszystkiego, co dotychczas stworzyliśmy. Jest lekkim podmuchem wiatru. Ta piosenka nosi tytuł Summertime przede wszystkim ze względu na pewne lato, które jeden z nas przeżył, ale również można sobie to wyobrażać jako wakacyjną jazdę samochodem z opuszczonymi szybami. Ta piosenka ma doskonałe tempo i rytm. S/C/A/R/E/C/R/O/W jest w pewnym sensie naszą interpretacją wolnego wokalu Beatlesów. Gramy tam na gitarach akustycznych, mamy dziką solówkę, i dziwną aranżację, która stale rośnie i rośnie. Muzycznie mam dużo typów, więc jest mi ciężko zdecydować. Pod względem tekstu, to na pewno jest to SING. Gerard jest niesamowitym tekściarzem, i zdaje sobie sprawę z rzeczy, których, według mnie, nie jest świadomy. On jest naprawdę mądrym facetem, który, jak dla mnie, jest lata przed tym, co dzieje się w danym momencie na świecie, a świat zawsze zdaje się dogonić to, o czym on pisze. SING jest doskonałym przykładem. Pomyśl o tym, co się dzieje na świecie i przeczytaj te słowa. To niesamowite.